poniedziałek, 11 listopada 2013

Przezwyciężyć wszystko . . .

Nie żebym się skarżyła, ale czy życie nie jest niesprawiedliwe? No, bo ja wiem, że wszystko co mnie spotyka to tylko próby, wszystko co trudne ma mnie uczynić bardziej wytrzymałą i doświadczoną. Tylko że nie wiem jak to jest, ale mam nieodparte wrażenie, że u mnie to działa w drugą stronę. Wielkie sorry, ale kto jak kto- ja już powinnam być człowiekiem ze stali, bez uczuć i słabości, a muszę przyznać, że jestem niczym. Pustą, bezsilną nieudacznicą, płaczącą po kątach i ledwo wiążącą koniec z końcem.
No cóż. Rodzicie byli pewni, że nie mogą mieć dzieci więc adoptowali śliczną dziewczynkę. Byli na prawdę szczęśliwi, a tu nagle wieść o ciąży. Trochę obaw, słone łzy, ale koniec końców wielkie szczęście- lecz krótko. Usunąć- nie, bo po co? Urodzi się i się je wyrzuci. Tak. Tak właśnie było. Już wtedy powinnam była być silna, a byłam bezbronnym niemowlęciem nie potrafiącym nawet nic powiedzieć. Na moje nieszczęście znalazła mnie jakaś starsza pani, która za nic nie pozwoliła mi umrzeć. No cóż.
W wieku iluś tam lat, to nieistotne, wywalali mnie ze wszystkich szkół, bo ponoć znęcałam się nad dziećmi. A ja po prostu dawałam im to na co zasługiwali.
Byłam już dorosła, nawet zżyłam się z przemiłą babulką i kiedy już miałam ją zaakceptować, kiedy chciałam aby była moją rodziną, tą prawdziwą i troskliwą, a nie tą co mnie porzuciła- to ta umarła w męczarniach nie mogąc nawet ze mną porozmawiać.
Oto kolejne co straciłam, a co uczyniło mnie jeszcze słabszą. Nie mogłam się pozbierać. Zaczęłam pić i ćpać, brałam wiele kolorowych tabletek, ale te cholerne specyfiki nie działały na mnie. Za nic nie mogłam umrzeć. Jasne mogłam skoczyć z dziesiątego piętra, ale na to chyba nie byłam gotowa. Po prostu chciałam to zrobić po cichu, żeby nikt nie wiedział, ze istniałam.
Mieszkałam w domku babulki, które jak się okazało powinnam co miesiąc opłacać, kto by pomyślał? I tak mnie z niego wywalili, a nieruchomość wystawili na sprzedaż. Miałam to gdzieś. Co jakiś czas i tak wybijałam szybę i spałam w ciepłych pokojach, oczywiście do czasu. Ktoś mnie w końcu przyłapał, obyło się bez sprawy w sądzie, ale było pewne, ze już tam nie wrócę.
Co tu dużo mówić? Beznadzieja i tyle.
Nie miałam co ze sobą zrobić. Spałam na ławce w parku, czasami w metrze, a czasami pod mostem z innymi bezdomnymi gówniarzami.
Poznałam wielu ludzi w takim samym położeniu co ja, a nawet gorszym. Dziewczyny tłumacząc, że bez tego by nie przetrwały zostawały dziwkami za pieniądze.
Faktem było, że od tamtej pory żyło im się lepiej, ale ja nie byłam taka. Wolałam umrzeć niż oddać się jakiemuś niewyżytemu draniowi.
Właściwie pewnie nawet do teraz błąkałabym się po świecie wybierając drobniaki z fontanny, czy żebrając, gdyby nie On.
Zico był niesamowicie dobrą osobą. Bardzo wrażliwy, ale przy tym uparty i pewny siebie. Nie potrafił przejść obojętnie obok cierpiącego człowieka, i w taki sposób odnalazł mnie.
Nasze pierwsze spotkanie nie napawa mnie dumą, ale była to najszczęśliwsza chwila w moim życiu.
Kiedyś znalazłam na śmietniku gitarę w całkiem dobrym stanie. Pewnie jakiś głupi, rozwydrzony bogacz ją wyrzucił, bo odcień mu się nie podobał. Nie ważne, w każdym bądź razie wzięłam ją i postanowiłam, że zacznę się uczyć. No i brzdękoliłam sobie codziennie, co wieczór, co noc. Nienastrojoną gitarę było słychać przy odrobinie ciszy, z całkiem dużej odległości dlatego zaszywałam się w odludnych miejscach i swoich ukryciach, aby nikogo nie niepokoić. Dzięki Bogu nie udało się.
Jednym z ,,moich,, miejsc był stary spruchniały dąb w środku lasu. Już dawno pod wpływem jakiejś błyskawicy się przewalił i teraz tworzył idealne, szerokie siedzisko na którym często sypiałam.
Środek lasu nie był wcale tak niebezpieczny jakby się mogło wydać. Fakt, że było przerażająco, ale z drugiej strony drzewo to znajdowało się w idealnym miejscy, bo osłonięte było gęstymi krzaczorami, które trochę zatrzymywały dźwięki i chroniły przed otoczeniem.
Był to mój azyl, który uwielbiałam, ale jak się okazało nie tylko mój.
Pewnej nocy kiedy już zasypiałam, usłyszałam łamanie gałęzi, trochę się przestraszyłam, a mój poziom adrenaliny znalazł się na skraju, gdy jakiś wysoki chłopaczyna próbował na mnie usiąść.
Uwielbiam wspominać jego twarz. Był taki przerażony, a ja zaczęłam się z niego śmiać, nie mogąc się powstrzymać.
- Co ty tu robisz?- Zapytał zachrypniętym głosem, był bardzo poważny i przyglądał mi się z ciekawością. Ja odpowiadając głośnymi salwami śmiechu odparłam, że lubię tu bywać, bo to mnie uspokaja. Ot tak głupiutkie kłamstwo, w które łatwo uwierzył, bo jak sam stwierdził bywa tu z tego samego powodu. Nie lubiłam kłamać, bo to może przysporzyć tylko wiele kłopotów, ale nie miałam zamiaru się przyznawać, że sypiam na tym spruchniałym drzewie, bo jestem bezdomna.
Chłopak zauważył gitarę i rzucił mi pytające spojrzenie. Zmieszałam się, bo nie była w najlepszym stanie, a ja nie potrafiłam grać.
- Grasz tutaj, o tej godzinie?- Zapytał z ciekawością, już wtedy zaczynał coś podejrzewać. Przytaknęłam głową potwierdzając informację, oraz jak się później od niego dowiedziałam oblałam się rumieńcem tak intensywnym, że z łatwością można go było dostrzec w mroku. Chłopak chwycił instrument do ręki i zaczął ,,coś,, z nim robić- znaczy stroić ją. Później zagrał śliczną melodię, którą znałam. Była to kołysanka, którą co noc śpiewała mi moja mama. Jej słowa opowiadały o lepszym świecie snów, do których co noc Pan Bóg pozwala nam wejść. Nie wiem skąd ją znał, bo jak myślałam była autorstwa mojej mamy, ale nie chciałam go pytać. Dźwięk ten tak mi się podobał, że nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Przypatrywałam się jego twarzy z niedowierzaniem wymalowanym na mojej. Wszystkie moje funkcje życiowe zostały wyłączone. Mogłam tylko widzieć i słyszeć. Mimowolnie się uśmiechałam, a moje nogi stały się jak z waty. Powoli odpływałam wpatrując się w jego przystojną twarz, gdyby nie jego słowa, pewnie bym upadła.
- Masz zamiar tak na mnie patrzeć, czy może coś powiesz?- w Tym momencie się wyrwałam z transu. Zico stał jakiś metr ode mnie, gitara leżała na pniu. Nie wiem jak to się stało, ale przestał grać już jakiś czas temu, a byłam pewna, że cały czas słyszałam muzykę. Co najgorsze wciąż na niego patrzyłam. Oglądałam jego twarz, chłonęłam jego obecność. Nie potrafiłam tego powstrzymać. Widziałam w jego oczach nadzieje dla samej siebie.
- Opowiedz mi swoją prawdziwą historię?- I domyślił się. Nie chciałam się przyznać, za żadne skarby. Obiecałam sobie, że nie będę nikogo zadręczać własnymi problemami, ale On chciał słuchać, więc uległam.
Później przeszliśmy wiele kłótni, to znaczy rozmów. Nie dogadywaliśmy się zbyt dobrze. Zico chciał żebym zamieszkała u niego, poszukała pracy, albo szkoły, a ja nie chciałam być zależna od niego. Poszliśmy na kompromis, który już pierwszej nocy został przełamany.
To głupie, ale tak szybko się w nim zakochałam, nie potrafiłam się powstrzymać. Po kilku miesiącach znajomości byliśmy nierozłączni, a ja wyglądałam i czułam się jak człowiek, a nie jak wrak.
Byłam wtedy taka szczęśliwa, ale to też nie trwało długo. Po około ośmiu miesiącach naszej znajomości Zico poważnie zachorował. Czuwałam przy nim, jak on wcześniej przy mnie, ale ja byłam słabsza, nie potrafiłam nic zrobić. Siedziałam i do niego mówiłam, nie jestem nawet pewna czy mnie słyszał, bo nigdy tego nie powiedział, wspomniał tylko, że kołysanka zmieniała znaczenie, gdy to ja ją śpiewałam, powiedział, że dawała nadzieję na lepsze życie. Dopiero później zrozumiałam o co mu chodziło.
Słuchajac lekarzy, przekonywałam się, że nie zostało Mu wiele czasu. Dawali mu góra dwa dni. Zico to był człowiek ze stali. On przeżył więcej prób niż wszyscy ludzie jakich poznałam razem wzięci. Miał mnóstwo rodzeństwa, a sam był najmłodszy przez co zawsze odtrącany.
Rodzice byli już starzy i zmęczeni. Dziadkowie umarli przed jego narodzinami, najstarsze rodzeństwo wyjechało za granicę, aby pracować i wieść nowe życie- zostawiało rodziców bez żadnej pomocy, czy odezwu. Po prostu odcinali się od rodziny. A dlaczego? Ponieważ rodzice Zico byli narkomanami. Wszystkie pieniądze przepuszczali na dopalacze. Chłopak w młodym wieku co dzień był świadkiem przemocy. Ojciec bił jego, rodzeństwo oraz matkę, która z resztą nie była mu wiele dłużna. Często oddawała mu się za nawet najmniejszą dawkę tego świństwa i zachodziła w ciążę, podczas której nie odstawiała. W ten sposób Zico w wieku czterech lat stracił nienarodzone rodzeństwo. Chłopiec od najmłodszych lat sam musiał dbać o siebie i czasami o starsze rodzeństwo. W wieku siedmiu lat matka umarła- przedawkowała. Ojciec podobno nawet nie zapłakał, ale był niewyżyty dlatego gwałcił własne córki, na oczach reszty rodzeństwa. Po kilku latach organizm mężczyzny nie wytrzymał i zginął on we śnie. Rodzeństwo Zico uciekło jak najszybciej, aby zacząć własne życie, ale on sam był za mały, żeby sobie poradzić więc w swej zaradności zwrócił się o pomoc do Kościoła, gdzie żył przez wiele czasu. Później dzięki jego zdolnościom znalazł dobrze opłacalną pracę, którą kochał. Miał mnóstwo pieniędzy, ponieważ był oszczędny. Nie wydawał ich na głupoty, ale na pomoc biednym między innymi mi. A później zachorował przeze mnie.
Życie potraktowało go bardzo brutalnie, stawiało przed nim wiele prób, a na koniec rzucono go na głęboką wodę, aby już nie wypłynął.
Co mogłam zrobić? Właściwie nic. Byłam bezsilna i bezużyteczna. Myślałam, że to mnie spotkało wiele nieszczęść, myślałam, ze to moje życie jest niesprawiedliwe, ale nie miałam najgorzej. Jego choroba była dla mnie wielkim trudem i kolejną próbą, ale nie była końcem.
Mogłam mu tylko śpiewać tą cholerną kołysankę, aby odszedł przy jej dźwiękach i trzymać go za rękę, by wiedział, że ma dla kogo zostać. Co jakiś czas całowałam jego rozpalone czoło, a wtedy się wzdrygał, jego słabe ciało przechodził dreszcz. Nigdy tego nie zapomnę. Z moich ust co chwila wydobywały się słowa kołysanki, którą znienawidziłam.

,,Spij, kochanie śpij,
Nie budź się już,
Niech ci się przyśni Bóg,
On zabierze Cię do lepszej krainy,
Pokaże Ci jak się cieszyć,
Tylko spij i nie budź się już.
Czas już odejść. ''
Autor: Yomi 

środa, 21 sierpnia 2013

Jesteś dla niego całym światem, jesteś dla niego wszystkim.

-Otwórz buzię! Bez jakiegokolwiek zawahania, czy przemyślenia automatycznie otworzyłaś szeroko usta by po chwili poczuć w nich smak słonawych truskawek, maczanych w przepysznej czekoladzie. Czyli poczuć smak deseru twojego partnera, który chętnie się nim dzielił podając ci spore porcje bezpośrednio do ust.
Uwielbiałaś tego radzaju desery. Oblizałaś usta z rozkoszą, ale to nie wystarczyło ponieważ ciekła czekolada zdążyła się przedostać na brodę. Tego nie mogłaś się pozbyć językiem, w przeciwieństwie do twojego ukochanego. Który powoli przysuwał się do ciebie szurając swoim krzesłem i robiąc spory hałas na sali restauracyjnej. Sprawiło to, że kilku wścibskich gości odwróciło się  w waszą stronę i obdarzyło srogimi spojrzeniami. Byłaś nieco wyczulana na takie zachowania. Uśmiechnęłaś się nieśmiało z przepraszającą miną i unikałaś ich spojrzeń.
Natomiast HeeChul był do tego przyzwyczajony, baa, on to uwielbiał. Dlatego z jeszcze większym impetem w końcu znalazł się obok ciebie i nim zdązyłaś choć postanowić mu powiedzieć, że w restauracji nie wypada robić takich rzeczy. Ten wbił się swoimi ustami w twóją brodę. Jego język szybko pozbył się czelolady i sunął coraz wyżej, aż w końcu znalazł czego szukał.
A ty byłaś słaba. Mimo, że było ci wstyd, bo wiedziałaś że wielu teraz na was patrzy i nie pochwala waszego zachowania. To nie potrafiłaś przerwać. Oddałaś mu się. Pogłębiałaś pocałunek. Twoję ręce znalazły się na jego szyji, podczas gdy on psuł ci staranie spiętego koka.
Kiedy w końcu się od ciebie oderwał, nie byłaś na to gotawa, dyszałaś ciężko i dopiero po chwili doszłaś do siebie.
Omiotłaś sale spojrzeniem. Musiałaś stwierdzić że atmosfera była na prawdę romantyczna. Ciemne, niewielkie pomieszczenie. Mieszczące w sobie sześć, dwuosobowych stolików w równych odstępach z drewnianą podłogą i wytapetowaną ścianą w kwiecisty wzór. Do tego nastrojowe białe lampiony, dajace niewielkie światło na stoliki. Właściwie idealnie.
No gdyby nie to, ze nie jesteście tam sami. A teraz wszyscy na was patrzą ze wstrętem.
Rzucasz nienawistne spojrzenie na HeeChul'a, który uśmiecha się od ucha do ucha, w ten cudowny uwodzicielski sposób i puszcza ci zalotne oczko.
W ogóle się nie przejmuje opinią innych. I za to go kochasz.
Mimo to dobrze wiesz, że pod tą maską kryje się bolesna historia. Teraz doskonale nad sobą panuje, nie zważa na ocenę innych, jest po prostu bardzo pewny sebie.
Ale nie zawsze tak było. Od zawsze kochał śpiewać. Chętnie grywał na instrumentach. Czesto występował w kawiarni swoich znajomych i dostawiał spore napiwiki, ale z czasem to się zmienilo.
W szkole średniej, miał specyficzny gust, był przeciętnym uczniem, do tego niezbyt grzecznym i pilnym. Zrywał się z lekcji, albo zwyczajnie nie uważał na słowa nauczycieli. Zamiast tego komponował nowe melodie i teksty.
Wciąż nie zaprzestawał swoich występów, ale teraz bez swego dziecięcego uroku nie był już tak gromko oklaskiwany.
Miał rzeszę wiernych fanów, ale poza tym ludzie śmiali sie z jego coraz to tragiczniejszych tekstów. Dzieci w szkole go wyśmiewały. W końcu sam HeeChul miał tego dosyć i od tamtej pory każdy kto powiedział złe słowo o jego twórczości czy stylu bycia. Był zapisywany w jego pamięci,a później gnębiony.
I nie ważne czy przeciwnik był większy czy silniejszy. HeeChul tak nie nawidził krytyki, że w szale potrafił sporym kosztem pobić do nieprzytomności dosłownie każdego, nawet sporą grupę. Nigdy nikomu nie odpuszczał. Był bardzo wrażliwy na tym punkcie. Sam z nikogo się nie śmiał i oczekiwał tego samego od innych.
Jego rodzina była wszytkim wsztrząśnięta. Często musieli go odbierać z komisariatów i płacić spore kaucje, do tego częste kontuzje, rachunki za szpital i leki.
A jego stan się nie poprawiał ani trochę. Zaczęli więc go ciągać po psychologach, grupach wsparcia i tym podobnych. Ale nic mu nie pomagało.
Aż pewnego dnia jego rodzice przeżyli szok. Bo oto na ich oczach ktoś zkrytykował jego twórczość przy występie w kawiarni. HeeChul wstał, jego ojciec był gotowy do interwencji, ale ten nie rzucił się z pięściami na krytyka, tylko po prostu przeszedł dalej olewajac zaistniałą sytuacje. A zmierzał wtedy do ciebie, na wasze drugie z kolei spotkanie i pierwszą prawdziwą randkę.
Sam wciąż powtarzał, że to ty go tak zmieniłaś, ze wystarczyło twoje jedno spojrzenie, jedno słowo, jeden ruch by zrozumiał że to bez sensu.
Teraz się z tego smiejesz, ale z biegiem czasu zaczynasz myśleć, ze to prawda, bo odkąd się spotykacie, odkąd jesteście parą on nie podniósł ręki na nikogo.
Po prostu się zmienił i teraz jest jeszcze wspanialszy niż był.
Nie potrafiliście długo wytrzymać bez siebie nawzajem. Kiedy ty pracowałaś w kwiaciarni, ten odwiedzał cię w przerwach swojego zajęcia, a po pracy odbierał cię swoim samochodem i wracaliście razem do wspólnego mieszkania.
Tak miało być i wtedy. Z niecierpliwością czekałaś na ukochanego. Odstukiwałaś długopisem rytm zegara o blat. Jeszcze tylko kilka minut do zamknięcia i kilkanaście do jego przyjazdu. Na samą myśl nerwowo poprawiasz fryzurę.
W końcu ostatni klient i wreszcie. Po bardzo wymagającej staruszce, która koniecznie chciała sprawdzić jak wygląda wiązanka z każdym rodzajem kwiatów po kolei, możesz odetchnąć, założyć kurtkę i zamykając lokal wyjść na ulice. Gdzie pozostaje ci czekać na HeeChula.
Jak zwykle przechadzasz się uliczką w stronę, z której ma podjechać czarne audi twojego ukochanego.
Chłodny wiatr rozwiewa rozpuszczone włosy. Krzyżujesz ręce by było ci cieplej i zwiększasz tempo. Coś długo go nie ma. Sprawdzasz skrzynkę odbiorczą w telefonie, ale żadnej wiadomości. Czy stało się coś złego,  a może po prostu nie przyjedzie i powinnaś była iść na autobus? Co chwila zerkasz nerwowo na zegarek. W końcu przed tobą na jezdni widać dwa jasne światła. Uśmiechasz się i zatrzymujesz. To oczywiście czarne audi, na które tak bardzo czekałaś.
Wsiadasz na wygodnie skórzane siedzenie, zapinasz pas i zamykasz drzwi. Z uśmiechem na ustach nastawiasz się do pocałowania w policzek ukochanego, jak to masz w zwyczaju kiedy odbiera cię z pracy, ale kiedy się do niego odwracasz przeżywasz szok.
To nie on. To ktoś inny.
Twój ukochany nie wdałby sie w bójkę, a ten tutaj, wygląda jakby w pojedynkę chciał rozgromić sporą grupę mięśniaków. Ogromne sińce na czole i policzkach, spuchnięte pół twarzy, zadrapania na łukach brwiowych i dolnej wardze, z których jeszcze sączy się krew lub już zakrzepła. Na rękach to samo. Fioletowe sinńe, krwiaki.
- Przepraszam, ale to nie była moja wina, wysłuchaj mnie. Od razu chciał przejść do wyjaśnień, ale to nie miało znaczenia. Obiecał ci, że dopóki będzie cię kochał, dopóty nie wda się w żadną bójkę. Proszę nie płacz- mówił dalej, ale ty już nie słuchałaś. Odtrąciłaś rękę, która chciała zetrzeć twoje łzy. I wysiadłaś z samochodu.
Może twoja reakcja była zbyt pochopna, ale wiedziałaś jaki był przed przemianą, słyszałaś opowieści i relacje świadków. Byłaś tym wstrząśnięta. Wiele razy cię uprzedzano co może się stać, kiedy on znów polegnie. Nie słuchałaś wtedy tego, wierzyłaś w niego, ale teraz, teraz kiedy stało sie być może nieuniknione. Bałaś się.
Twój płacz roznosiło echo uliczki. Płakałaś nie ze strachu czy zakłopotania, płakałaś bo szkoda ci go było, bo go kochałaś i powoli traciłaś.
Nie słyszałaś nic oprócz własnego przyśpieszonego oddechu i tupania obcasów o chodnik. Co chwila wycierałaś oczy z łez. Chciałaś wiedzieć co się stało, dać mu sie wytłumaczyć, ale bałaś się.
Skoro on znów kogoś pobił, równie dobrze mógł to zrobić kolejny raz. A może nawet pobić ciebie. Na tę myśl rozpłakałaś sie jeszcze bardziej i zwiększyłaś tempo.
Rozległ się trzask zamykanych z impetem drzwi samochodu i twoje imię wykrzyczane ochrypłym zmęczonym głosem. Odwróciłaś się, a on szedł za tobą. W panice zaczęłaś biec coraz szybciej, aby sie przed nim ukryć.
Wbiegłaś w jakąś boczną uliczkę. Nie miałaś już siły dalej tego ciągnąć oparłaś się o ścianę. Starałaś zachowywać się jak najciszej, ale twój niespokojny, ciężki oddech i ciągłe szlochanie zdradzało twoje położenie.
- HyoSoo proszę daj mi się wytłumaczyć. HeeChul oczywiście cię znalazł, wciąż wyglądał strasznie, tylko że dlaczego wraz z jego przybyciem przestałaś płakać, poczułaś sie bezpiecznie i chciałaś rzucić mu się w ramiona?
Podszedł jeszcze bliżej. Nie miałaś odwagi zrobić jakiegokolwiek ruchu. Po prostu stałaś patrząc na swoje buty. Stał bardzo blisko ciebie. Domyśliłaś się że bardzo chce abyś spojrzała mu w oczy, ale nie miałaś siły podnieść głowy.
Jego lewa ręka znalazła sie przy twoim prawym ramieniu, a druga po drugiej stronie tak że nie mogłaś mu teraz uciec.
Przybliżył się jeszcze bardziej. Zaczął szeptać ci do ucha.
- Nie złamałem obietnicy. Jakiś koleś rozpoznał mnie na ulicy. On, on zaczął wygadywać straszne rzeczy. HeeChul cały drżał, mówił bardzo cicho i często się jąkał- straszne rzeczy o tobie- kontynuował- obrażał cię nie mogłem tego znieść, powiedziałem mu żeby przestał, ale robił to dalej. Ja, ja musiałem.  W tym momencie chłopak prawą pięścią z całej siły wymierzył cios w ścianę za tobą, tak że usłyszałaś pęknięcie i byłaś pewna, że to nie ściana. Potem bezsilny oparł głowę o ścianę na wysokości twoich oczu. Prawie szlochając mówił dalej.
- Wybacz mi na prawdę tego nie chciałem. On nie przestawał. Ale ja z nim nie walczyłem. Chciałem go uderzyć, chciałem żeby nigdy tak o tobie nawet nie pomyślał, nie mogłem pozwolić by ktoś tak cię obrażał. Ale wtedy przypomniałem sobie nasze rozmowy. Przypomniałem sobie, że tylko to co ty mówisz ma jakiekolwiek znaczenie, a reszta jest bez sensu i kompletnie nie ważna. Dlatego chciałem odejść, ale jego paczka mnie dorwała. Pobili mnie, ale obiecuje, że żadnego nie dotknąłem. Ja wiedziałem co ci obiecałem. Ale nie miałem wyboru, proszę wybacz mi. 
Mogłaś dać sobie głowę uciąć, że jego łza znalazła się na twoim policzku i zmieszała z własnymi.
Teraz chciałaś śmiać się z całej sytuacji. Oczywiście, że mu wierzyłaś. Oplotłaś go rękoma i przyciągnęłaś jeszcze bliżej do siebie.
- Ciiii, nic się nie stało, oczywiście, że ci wierze. Jesteś wielki. Kocham Cię. Szeptałaś mu czule do ucha.
Karciłaś się w myślach, jak mogłaś go podejrzewać o tak straszne rzeczy?
Staliście tak długą chwilę, aż w końcu HeeChul pozwolił ci zaprowadzić siebie do samochodu. Tam opatrzyłaś mu rany samochodową apteczką, bo uparł się, że nie potrzebuje lekarza.
Już nie wyglądał strasznie. Z zadrapaniami, siniakami i opuchnięty do tego spora ilość plastrów i bandaży. Teraz wyglądał śmiesznie.
Tak bardzo cię kochał, że dał się pobić byle tylko dotrzymać danej ci obietnicy.
- HyoSoo chcesz tą truskawkę czy nie?  No i powrót do rzeczywistości. Ukochany karmi cię lewą ręką, bo prawa nadal jest zabandażowana i bardzo boli.
- Mam dość truskawek daj mi samą czekoladę. Jak chciałaś tak zrobił. Śmialiście się i wygłupialiście.
Tylko ty znasz prawdziwego HeeChul'a.
On dla ciebie zrobi wszystko i często to potwierdza. Dla niego liczysz się tylko ty. Jesteś dla niego całym światem, jesteś dla niego wszystkim.
- Kocham Cię HyoSoo. 

wtorek, 20 sierpnia 2013

Miłość nad wszystko . . .

Nigdy nie chciałam mieć hucznego wesela. Wolałam skromny kościelny obrzęd, króciutki, bez masy gości i ton jedzienia.
 Jedyne o czym marzyłam to piękna biała suknia z lekko srebrnymi zdobieniami na brzuchu i piersiach. Bez ramiączek, oraz ogromnym koronkowym spodem ciągnącym się daleko za mną, do tego koniecznie cieniutki welon z kwiatami przy wysoko spiętej grzywce, opadający na twarz. Na tę idealnie wymalowaną twarz, z pełnymi malinowymi ustami, lekkimi rumieńcami i mocno podkreślonymi,szmaragdowymi oczami.
Tak włanie wyglądałam w tej chwili, przeglądając się w przeogromnym lustrze ze złotą ramą. W marzeniach wyobrażałam to sobie nieco inaczej, ale teraz wiem, że moje wyobrażenia były błędne, bo wyglądam lepiej niż w moich snach.
Ledwo co potrafię ustać na bardzo wysokich, ozdobnych szpilkach przez te nerwy. To właśnie ten dzień. Czekałam na to, no cóż, chyba całe życie.
Ceremonia ślubna wyszła przepięknie, kościół był ozdobiony gdzie niegdzie białymi kwiatami, zapewne liliami, ale nie miałam czasu się temu bardziej przyglądać, wolałam się skupić na mężczyźnie mojego życia.
GiKwang był pewny siebie jak zwykle.
Czarne włosy, były potraktowane sporą ilością żelu i za pewne ulizane, ale mój ukochany nigdy nie był zbyt przykładny więc w miejscach są trochę postawione, w innych odstają na boki, przez co wydają się jeszcze krótsze, ale trzymajcie mnie. Jeszcze nigdy nie wyglądały tak pięknie i urzekająco jak własnie dziś, a to i tak jego mała cząstka, która nawet się nie równa całej reszcie.
Jego twarz- nieskazitelnie czysta którą uwielbiam gładzić ręką, te ciemne oczy, niemalże czarne wpatrujące się we mnie z tą miłością, no mimo że to kościół to jego czarne cienie podkreślające oczy nie zniknęły- to dobrze bo uwielbiam je.
Jego nos był przepiękny, taki idealny, a jego czerwone usta wykrzywione w pokrzepiający uśmiech, tak bardzo zachęcają do choć odrobiny przyjemności, ze nie potrafiłam się powstrzymać. A kiedy ksiądz w końcu skończył. Oraz po sakramentalnych ,,tak,, i takich tam- słowa ,,możesz pocałować panne młodą,, wprowadziły mnie w euforię. Zalała mnie fala ciepła, która zlikwidowała zdenerwowanie.
On odchylił do tyłu mój welon i delikatnie się przysunął. Patrzył mi w oczy i uśmiechał się. Wyglądał cudownie, ale do cholery, szkoda czasu.
W końcu złączył nasze usta w słodkim pocałunku. Zatraciłam się w nim, najchętniej bym po prostu padła, ale jego silne ramiona chroniły mnie przed upadkiem.
Oderwał się ode mnie- jak na mój gust, zdecydowanie za szybko i uśmiechnął słodko. Od zawsze tak na mnie działał. A teraz jest cały mój.
Wesele było huczne, przyszło wielu gości z całego świata. No cóż mój ukochany nie ma co narzekać na brak znajomych.
Wspominałam że marzyłam o skromnym weselu? Głupota. Teraz się przekonałam że powinnam ogłosić to całemu światu. Powinno przyjść więcej ludzi, albo w ogóle wszyscy. Niech się cieszą moim szczęściem.
Przez całą noc nie odrywałam swych ust od jego, no chyba że w ostatecznej konieczności i na szczęście mu też to nie przeszkadzało.
Jeśli chodzi o noc poślubną to- co tu dużo mówić. Była wspaniała. Nigdy nie czułam się z nim tak dobrze jak wtedy. Podzieliłam sie wtedy z nim cała miłością jaką go darze, a on nie był mi dłużny. Od tamtej pory dość często to powtarzaliśmy, niekoniecznie w łóżku.
No i w końcu podróż poślubna. Czekałam na to z utęsknieniem, bo nie chciał mi powiedzieć gdzie mnie zabiera. Uwielbiał sprawiać mi niespodzianki.
Wsiedliśmy wczoraj do zapakowanego po brzegi Jeepa i wyjechaliśmy. Podróż była długa, na początku po prostu trzymałam GiKwang'a za rękę i cieszyłam jego obecnością, późnej za to zmęczona po prostu zasnęłam.
Obudziłam się na ogromnej łodzi w objęciach ukochanego. Z wrażenia spadłam z łóżka czym go rozbawiłam. Jednak jak przystało na gentelmena pomógł mi wstać ,a wtedy przewróciłam go na łóżko- tak, że znajdowałam się nad nim i z szerokim uśmiechem na ustach po pocałunku w policzek- zapytałam:
- To gdzie płyniemy?
- Nigdzie.  Odpowiedział jakby nigdy nic i szybkim zdecydowanym ruchem podniósł mnie i przewrócił tak, że teraz to ja znajdowałam się pod nim.
- Powiedz mi.  Nalegałam oczywiście, ale ten zamiast mi odpowiedzieć po prostu zaczął całować moją szyję. Przymknęłam oczy z przyjemności, próbowałam jeszcze coś wykrztusić, ale już nie dałam rady, po prostu mu się poddałam. Chyba nie muszę uświadamiać co było dalej.
GiKwang opadł obok mnie na łóżko ciężko sapiąc. Pocałowałam go jeszcze ten ostatni raz i czując że mam teraz więcej siły niż on rzuciłam jego ubrania na łóżko, a sama poszłam do łazienki się odświeżyć.
Kiedy wróciłam czekał na mnie przebrany w strój nurka, nakazał się przebrać i iść na górę, na pokład.
Jak kazał tak zrobiłam. Okazało się, że na prawdę płyniemy do nikąd- bo zatrzymaliśmy się na środku jakiegoś zbiornika wodnego i mieliśmy oglądać rafy koralowe.
Musiałam się powstrzymać od krzyków radości od zawsze marzyłam o takiej wycieczce. I on o tym dobrze wiedział. Jaka byłam głupia, że się nie domyśliłam.
Oprócz nas jak się okazało na łodzi było sporo par i rodzin, za pewne mających zamiar za chwile zrobić to co my. Czyli w pełnym wyposażeniu wskoczyć do wody i przez wiele, wiele czasu podziwiać wyjątkowości znajdujące się pod przejrzystą wodą.
Ja się już nie mogłam doczekać.
Dlatego pierwsza przed GiKwang'iem wskoczyłam do wody i popłynełam tak szybko w dół, ze musiał włożyć sporo trudu aby mnie dogonić. A kiedy się mu udało złapał mnie za rękę i przejął dowodzenie.
Z zapartym tchem podziwiałam przepiękne muszle, śmiesznie powyginane, bardzo kolorowe stworki, piękne w swej prostocie glony, które tutaj swą zielenią powalały i wyglądały zjawiskowo.
Widziałam mnóstwo ryb. Od zwykłych-szarych pływających w stadach, do tych najbardziej wymyślnych z mnóstwem kształtów i barw.
Muszę przyznać, że to wszystko jest prawie tak cudowne jak mój ukochany , który dzięki temu że nie odstępował mnie nawet na chwile- sprawiał że to co teraz robiłam, ot takie zwykłe podziwianie rafy koralowej stawało się magiczne.
Pokazałam palcem wskazującym ku górze, to był znak, że chcę wypłynąć na powierzchnię.
Oczywiście mnie posłuchał i wypłynęliśmy. Wyjęłam z ust urządzenie podłączone do butli na moich plecach i przysunęłam się do towarzysza, który również był w trakcie tej samej czynności.
Pewnie myślał że chcę z nim pogadać. On głupi. Kiedy tylko to wyjął wpiłam się w jego usta i naparłam na niego całym ciałem. Żeby być jak najbliżej.
Zaskoczyłam go tym, ale grzecznie odwzajemnił pocałunek, dodatkowo poczułam jak się uśmiecha.
- Kocham Cię- oznajmił jak trochę odpuściłam. Przytuliłam się do niego i szepnęłam mu do ucha.
- Też cię kocham jesteś wspaniały.
Byłam bardzo zadowolona i on też, ale nagle spochmurniał i rozluźnił uścisk.
- Co się stało?  Spytałam ciekawa.
Nie odpowiedział. Rozglądał się na boki, więc ja też to uczyniłam, ale nie zauważyłam nic ciekawe. Tylko pełno wody na około i tyle.
Spojrzałam znów na niego, był zdenerwowany. I wtedy mnie olśniło.
Nie ma statku, a wokół nas nikogo kto by tak jak my podziwiał koralowce.
Odpłynęli bez nas. Zapomnieli o nas.
Spojrzeliśmy po sobie nawzajem. W jego oczach można było wyczytać, ze jest bardzo zdenerwowany, ale i zdeterminowany.
Zaczęłam się śmiać. Spojrzał na mnie jak na idiotkę, a ja nadal się śmiałam, nie mogłam się powstrzymać.
- Ale mnie nastraszyłeś. Hahaha, no dobra, gdzie ten statek. Zawołaj ich. 
Tylko tyle udało mi się wykrztusić przez śmiech, ale mu nie było do śmiechu.
- To nie jest żart- powiedział cicho, ze zrezygnowaniem. Patrzał na mnie przepraszającym wzrokiem potem przypłynął do mnie i przytulił mocno. Szeptał do ucha że wszystko będzie dobrze, ale wiedziałam że sam w to nie wierzy.
Nie wiem ile już dryfujemy, ale rafa koralowa już nie znajduje się pod nami. Nie wiem co jest pod nami. Woda jest strasznie ciemna i zimna.
GiKwang trzyma mnie w objęciach, obwinia się za wszystko i próbuje rozładować atmosfere , dodatkowo rozgląda się nerwowo.
Nie wiedziałam po co. A kiego go zauważyłam zrozumiałam.
Zabrakło mi tchu z wrażenia. To było, aż śmieszne.
Ogromna, niebieskawa mieniąca się w słońcu płetwa rekina.
Odwrócił się w tamtym kierunku i też to zobaczył. Zdrętwiał na moment i chciał coś powiedzieć, ale odezwałam się pierwsza.
- Zginiemy tutaj.  Oznajmiłam po prostu co tu owijać w bawełne.
- Nie myśl tak.  Próbował mnie uspokoić gładząc po włosach, ale to nic nie dawało.
- To rekin, zaraz nas dorwie.
- To nie musi być rekin, to pewnie delfin często się je widuje tutaj.
Rzeczywiście jaka byłam głupia to przecież delfin- płetwa była jasna, to rzeczywiście tylko delfin. Jakaż jestem głupia, przypłyną się pobawić. Kojąca fala ciepła mnie zalała i się uspokoiłam, ale nie na długo, bo zdałam sobie z czegoś sprawę.
- Jakby to był delfin już byś płynął się pobawić.  Taka prawda. GiKwang uwielbiał delfiny, A to nie był jeden z nich- to bezlitosny rekin.
Dryfowaliśmy dalej, a rekin nie zaatakował. Na całe szczęście. Mimo to jego obecność nie była zbyt pokrzepiająca.
- Ała.  Mój mąż zaczął wiercić się w wodzie, co jak zauważyłam po ruchu płetw - naszemu nieproszonemu gościowi nie bardzo się podobało.
Nagle woda naokoło zrobiłam się szkarłatnie czerwona. Przestraszyłam się. A w oczach GiKwanga zobaczyłam łzy.
- Coś mnie ugryzło.  Na te słowa zamarłam. Rekin go ugryzł. Nie już by nie żył, a więc co? Z resztą to nie ważne. Jego noga krwawi, a to znaczy że krew będzie świetnym wabikiem na inne mięsożerne ryby.
Po kilku godzinach, zaczęło się robić ciemno.
Mi burczało w brzuchu i byłam odwodniona, a mój partner się powoli wykrwawiał po pogryzieniach piranii w nogę.
Nie można pominąć, że wokół nas pojawiło się więcej nieproszonych gości.
Co jakiś czas przypływał kolejny i z poprzednimi krążył w koło w pewnej odległości od celu-czyli nas.
- Przepraszam.  Usłyszałam spięty ton. Jasne, że mu wybaczam to przecież nie jego wina, ale czy to ma teraz jakieś znaczenie? Zwykłe słowo niczego nie zmieni, a on nie ma za co przepraszać- zostawiam jego skruchę bez odpowiedzi.
Kiedy myślę, że nie ma już nadzieji , a ilość rekinów przekracza dziesięć, na horyzoncie pojawia się nasz statek. Widocznie zauważyli, że nie mają kompletu.
Machamy rękoma i krzyczymy by nas zauważyli i płynął w naszą stronę. Na pewno nas widzą.
Przytulam męża i całuje po czole, i wracam do machania.
Rekiny odpływają, gdy statek juz robi spore fale.
Niesamowite uczucie kiedy strach i problemy tak szybko znikają.
Znów odwracam się do GiKwanga widzę jego roześmianą twarz i nagle hlust wody.
Ogromny rekin wyskakuje nad wodę z moim ukochanym w pysku.
Nie mogę nawet się ruszyć.
Widzę jego twarz nad wodą- juz nie żywą twarz. Całą zakrwawioną.
Wpadam w histerie.
Statek jest już tak blisko, a ja się boje że i mnie dorwą te potwory.
Po chwili uświadamiam sobie że bez GiKwang'a nie chce żyć.
Ratunek niedaleko, a ja zdejmuje butle, która trzymała mnie na wodzie z pleców i nie biorąc wdechu spuszczam sie pod wodę.
Widok wcale nie jest straszny- jest kojący.
Naokoło nas pływało około dziesięciu rekinów, ale nie byłam świadoma, że pod wodą jest ich jeszcze kilka razy tyle.
Widzę teraz je wszystkie jedne większe, inne mniejsze, ale wszystkie bardzo chcą mnie.
Dorwały mnie.
To już koniec, zamykam oczy.

Autor: Yomi ~ 

piątek, 5 lipca 2013

Dawna znajomość - nowe uczucie ? część 2

  Zauważyłaś, że jego oczy zaszkliły się. Uśmiechnął się lekko.  Nie wiedziałaś co to oznaczało. Ale on otarł twarz z kurzu i potu, wstał i szedł w stronę auta. Widziałaś, że z bólu załamują mu się nogi ale szedł dalej. Ty zrobiłaś to samo. Wstałaś, podbiegłaś do niego i podparłaś go ramieniem. Uśmiechnęłaś się do niego. Myślałaś, że może choć to da mu troszkę sił do dalszej drogi i tak właśnie było. Przyspieszyliście kroku. Mężczyźni byli niedaleko za Wami. Lecz w wysokiej trawie trudno Was było zobaczyć. Mieliście więc dużą szansę na ucieczkę. W krótkim czasie byliście już przy samochodzie. Wsadziłaś Mikę na siedzenie pasażera, a sama usiadłaś na miejscu kierowcy. Wsadziłaś klucz do stacyjki i ruszyłaś z piskiem opon. Nie wiedziałaś gdzie masz jechać bo nie wiedziałaś gdzie wogóle jesteś. Jechałaś przed Siebie. Droga wydawała się bez końca, a twój nieszczęsny pasażer był coraz słabszy. Słońca zaczęło zachodzić, a Wy nadal jechaliście. 
- Mika! Proszę nie zasypiaj! – krzyknęłaś gdy tylko zobaczyłaś jak jego powieki opadają. On usiadł prosto na siedzeniu. Wpatrywał się w niebo. Auto się zatrzymało. On spojrzał na Ciebie ze zdziwieniem. Wysiadłaś z auta i podeszłaś do bagażnika. Zaczęłaś go przekopywać. 
- Czego szukasz ? – spytał Mika sam wysiadając z pojazdu. 
- Szukam apteczki ! – odparłaś lekko zdenerwowana.
Mika podszedł do bagażnika i podał Ci apteczkę leżącą na widoku. Wyrwałaś mu ją z ręki. Upuściłaś ją otwierając. Twoje ręce trzęsły się jak nigdy. Uklękłaś i szubko zebrałaś wszystko z ziemi. Mika usiadł na masce samochodu i zdjął zakrwawioną koszulę. Dawno już go tak nie widziałaś. Podeszłaś i wyciągając gazę z opakowania czyściłaś ranę wodą utlenioną. 
- Zrobisz to czy mam sam ? – Mika patrzył Ci prosto w oczy. - Zrobię to. – Spuściłaś wzrok na jego ramię.
Robiłaś to już wiele razy. Chwyciłaś za szczypce i wyciągnęłaś powoli kule z ręki Miki. On zaciskając pięść i zęby zawył z bólu. Oczyściłaś jeszcze raz ranę i wreszcie zawinęłaś opatrunkiem. 
- Dziękuję. – on uśmiechnął się do Ciebie zaraz potem Cię całując. Stałaś jak sparaliżowana. Potem pod Toba tym razem ugięły się nogi. Przewróciłaś się do tyłu. Twoje oczy się zaszkliły. Byłaś  już tak słaba, że nie mogłaś wstać. Łzy znowu płynęły Ci po policzku. Mika podał Ci rękę. 
- Odejdź. Nie dotykaj mnie. Za to wszystko co zrobiłeś powinieneś zginąć. Powinnam cie tam zostawić, ale nie. Ja ci znowu pomogłam. Znowu zrobiłam to samo. Zawsze ci pomagałam, a ty ? – krzyczałaś jak oszalała płacząc rzewnie.
 Mika uklęknął przed Toba na kolanach. Po jego policzkach także spływały łzy. Przytulił Cie bardzo mocno do siebie. Na początku się wyrywałaś z jego uścisku, ale potem nie miałaś już siły. Objęłaś go i płacząc jeszcze mocniej mówiłaś: 
- Dlaczego? Dlaczego znowu się z coś wplątałeś? Dlaczego mnie znowu w to wplątałeś? Przyrzekałeś mi, że już więcej tego nie zrobisz! 
-Przepraszam. Wybacz mi. To nie tak jak myślisz.
Słysząc te słowa znalazłaś w sobie jeszcze trochę sił. Odepchnęłaś go mocno i wsiadłaś do auta. Odpaliłaś silnik i ruszyłaś. Zostawiłaś go samego. Nie widziałaś drogi przez swoje zalane łzami oczy. Zahamowałaś gwałtownie. Wrzuciłaś wsteczny. Ruszyłaś w tył. 
- Wsiadaj ! – Krzyknęłaś do Miki ocierając łzy.
On wsiadł w ciszy. Ruszyłaś znowu. Zajechaliście pod jakiś przydrożny bar. On został w aucie, a Ty poszłaś do łazienki. Stanęłaś nad umywalką. Woda leciała z zardzewiałego kranu. Spojrzałaś w lustro. Miałaś twarz całą w kurzu. Przemyłaś ją lodowatą wodą i  zakręciłaś kurek przy umywalce. Usiadłaś w kącie zaniedbanej łazienki. 
 Znowu myślałaś o przeszłości związanej z Miką. Myślałaś, że to już koniec, ale . . .
autor:SoYeon

sobota, 15 czerwca 2013

Dawna znajomość - nowe uczucie ? część 1

   Czujesz broń przy swojej skroni i zimny oddech na karku. Brak Ci tchu. Zasłonięte oczy białą szmatką, a raczej szarą – wybrudzoną od smaru i oleju, cała zakurzona. I usta zalepione szarą, gruba taśmą. Nie możesz nawet krzyknąć. Łzy wylewają Ci się z oczu. Bardzo się boisz. Słyszysz z boku przelewanie się wody. I niski głos przed sobą : - Może chcesz troszkę orzeźwienia?
W tym momencie zostajesz chluśnięta wodą. Zaczęłaś się dusić. Całe wiadro wody wylądowało na twojej głowie. Krople H2O wlewały Ci się do oczu i już nie było widać twoich łez. Przez wysoką gorączkę twoje czoło po chwili znowu było suche. Słyszałaś szepty za sobą. Przywiązana do krzesła mocnymi linami nie mogłaś się ruszyć.
- Siedź tu i bądź grzeczna ! – usłyszałaś za sobą ten sam niski głos, a potem trzaśnięcie ciężkimi, żelaznymi drzwiami. Zostałaś sama, a przynajmniej tak wnioskowałaś z ciszy wokół Siebie. Siedziałaś tak uspakajając trochę swój oddech kiedy ktoś wpadł do pomieszczenia.
   Był bardzo zdyszany i mamrotał coś pod nosem. Był to mężczyzna – przynajmniej tego byłaś pewna. Poczułaś jak uwalnia Ci ręce od węzłów. Nareszcie mogłaś rozmasować swoje bolące nadgarstki. Szybkim ruchem zerwałaś taśmę z ust. Wzięłaś głęboki oddech. Ściągnęłaś opaskę z oczu. Przed tobą stał twój były chłopak. Nie zdziwiła Cię jednak jego obecność w tym miejscu. Nie miałaś teraz czasu na rozmyślenia. Rzuciłaś się do ucieczki. On pobiegł za tobą i doganiając Cię złapał twoją rękę. Ty wyszarpnęłaś mu ją i biegłaś dalej.
  Niestety w tym momencie usłyszeliście krzyki w budynku. Biegliście coraz szybciej, żeby tylko się z tamtąd wydostać. On – Mika – bardzo dobrze wiedział gdzie biec. Wyprowadził was na zewnątrz, ale Ty nie miałaś już siły dalej biec. Wielki gmach starej fabryki samochodów był sam w sobie trudny do przebiegnięcia, a co dopiero dobiegnięcie do samochodu stojącego półtora kilometra dalej. Ale nie miałaś wyjścia. Musieliście uciekać. Najchętniej zostawiłabyś go na pastwę tych ludzi, ale wiedziałaś, że nie możesz tego zrobić. Dlaczego chciałaś go tam zostawić? Może dlatego, że to przez niego się taka stałaś lub przez to co ci zrobił. Nie wiedziałaś jak masz to sobie wytłumaczyć, ale czułaś do niego nienawiść. Nie chciałaś go już nigdy więcej widzieć, a jednak on się tu zjawił. Twoje przemyślenia przerwał Mika swoim krzykiem : - Biegnij !!
 Stałaś jak sparaliżowana znowu słysząc jego głos. Ale zaczęłaś w końcu biec.
Z budynku wybiegło czterech mężczyzn z bronią. Miałaś głęboką nadzieję, że nie użyją jej lecz niestety to się stało. Jeden z nich oddał trzy strzały w wasza stronę. Ty uszłaś bez szwanku. Mika natomiast leżał na ziemi z postrzelonym ramieniem. Wokoło było pełno krwi. Rzuciłaś się na kolana przed nim. Przeszukiwałaś mu spodnie w nadziei, że znajdziesz tam broń. I znalazłaś. Tylko czy zbierzesz w sobie tyle sił by strzelić do człowieka? Czy jesteś na tyle odważna żeby to zrobić? Powinnaś. Widziałaś jak sam Mika strzelał do ludzi, ale ty nigdy tego nie zrobiłaś i nie chciałaś. 

Lecz teraz było inaczej. Widząc go leżącego we krwi wycelowałaś w jego oprawcę i pociągnęłaś za spust dwa razy.  Zabiłaś człowieka. Dopiero teraz doszło do Ciebie co zrobiłaś. Upuściłaś broń. Twoje ręce drżały z przerażenia. Podniosłaś Mikę z ziemi i owijając mu rękę kawałkiem materiału by zatamować krew zaczęliście znowu biec.  On podparty o twoje ramie był już bardzo słaby. Szukałaś jakiegoś miejsca byście mogli na chwilę odetchnąć i ukryć się przed jeszcze trzema mężczyznami. Tylko gdzie można znaleźć takie miejsce na szczerym polu? Czy to już wasz koniec? 

Upadliście pod drzewem które stało na środku pola. Wiedziałaś, że mężczyźni są już blisko. Ale czego od was chcieli? Po co Cie porwali? Czy to miało związek z Miką?
- HyoSoo proszę Cię . . . Uciekaj . . . – Mika mówił cichym i słabym głosem.
- Nie zostawię cię tu! – Ty byłaś sama zaskoczona swoją odpowiedzią.
-Ja i tak umrę . . . Ale Ty . . . Ty możesz jeszcze żyć . . . – Zatkało Cię. Jak to ‘ Ja i tak umrę ‘? Nie dochodziła teraz do Ciebie myśl, że on może umrzeć. Nic do niego nie czujesz. A może jednak? Czyżby dawne uczucie powróciło?
-Będziesz żył. Jeśli ty zginiesz ja też stracę życie. – odpowiedziałaś pod wpływam swych nieokiełznanych emocji i uczuć. 

Autor: SoYeon ~

środa, 15 maja 2013

Kocham Cię !


  Śnisz . . . Jest to piękny sen . . . Całujesz go czule . . . On szepcze Ci do ucha ” Kocham Cię ” . . . Po chwili w uszach dźwięczy Ci dziwny dźwięk . . .
  Budzisz się cała mokra. Twój budzik wydaje gwałtowną, głośną melodię rozbrzmiewającą na cały pokój. Wyłączasz go szybko. Ocierasz pot z czoła i przestraszona wstajesz z łóżka kierując się pośpiesznym krokiem w stronę łazienki. Tam ubierasz się dość elegancko. Starannie układasz fryzurę i nakładasz makijaż. Zakładasz obcasy i chwytasz torebkę do ręki. Jeszcze tylko sprawdzisz pocztę. Przyszedł twój nowy dowód. Widnieje tam liczba 24 przy „wiek”. Dumnie wyciągając szyję jak najwyżej wychodzisz z domu.
   Idziesz do kawiarni. Siadasz przy oknie jak najbliżej drzwi. Jesteś zbyt zestresowana. Patrzysz na zegarek. Jest godzina 9. Rozglądasz się chwilę po stolikach wokoło. Potem znowu zerkasz na zegarek- 9:05. Ciężko wdychasz. Wpatrujesz się w szybę gdzie widzisz swoje własne odbicie. Twoje myśli odlatują. Potem już  widzisz jakąś rękę machającą Ci przed twarzą wychodzącą zza twoich pleców. Czyżby to już ? Tak wcześnie ? Odwracasz się szybko.
- Może jednak kawy ? – pyta uśmiechnięty kelner .
- Tak poproszę ! -  odpowiadasz mu z lekko wymuszonym uśmiechem. Byłaś zawiedziona tym co zobaczyłaś.
   Wypiłaś już kawę i zjadłaś śniadanie choć twój żołądek był ściśnięty. Cały czas czekasz. Nie możesz w to uwierzyć. Tak bardzo nie mogłaś doczekać się chwili, która już za niedługo nadejdzie. Patrzysz na zegarek – 12:00. Szybko odsuwasz się od blatu wywracając krzesło. Wszystkie oczy w kawiarni skierowane były teraz w twoją stronę. Podniosłaś je, zarzuciłaś na Siebie płaszcz i wyszłaś przed drzwi. Byłaś tak podekscytowana, ale i bałaś się. „ A co będzie jeśli . . . ‘’
    Stałaś teraz na zewnątrz pocierając dłonie o siebie. Było zimno. Ciężko oddychając skierowałaś swój wzrok w niebo. Było ono pochmurne. Zanosiło się na deszcz. Zamknęłaś oczy. Otworzyłaś je gdy usłyszałaś znajomy Ci, niski i ciepły głos :
- Witaj.
Zobaczyłaś przed sobą jego – twojego ukochanego HeeChul’ a . Od razu rzuciłaś mu się na szyję. On przycisnął Cię do siebie. Odsunął się i lekko musnął twoje usta własnymi. Potem złożył na nich już głęboki i namiętny pocałunek.
- Wróciłeś! Jesteś tu. Nareszcie. Po dwóch latach tej udręki. Nigdy więcej nie chcę cię na tyle tracić. Tak się bałam. Ale teraz mam ci tyle do powiedzenia. Halo! Słuchasz mnie?
Pomachałaś mu przed oczami. Był bardzo nieobecny. Patrzył Ci się prosto w oczy. I nic nie mówił. Ty nadal machałaś mu ręką przed oczyma. Nagle on Cię za nią złapał i przyciągnął bliżej do siebie. Byliście zaledwie 2cm od siebie.
- Kocham Cię.
On powiedział to w twoje lekko rozwarte usta.
- Ja ciebie też pabo. Nie strasz mnie tak!
Ty się uśmiechnęłaś, ale on był bardzo poważny. Odsunął się od Ciebie i spuścił wzrok. Lekko posmutniał.
- Coś nie tak? Przepraszam.
Powiedziałaś to widząc go z tą smutną miną.
- HyoSoo, czekałaś na mnie całe te dwa lata kiedy byłem w wojsku. Nie mogłem bez Ciebie wytrzymać minuty, a co dopiero tyle czasu. Ale ty nadal czekałaś. Choć wiedziałaś, że mogę nie wrócić. Dlatego.
  W tym momencie on uklęknął przed tobą.
- Wyjdziesz za mnie?
I chwytając twoją rękę wyjął z kieszeni czarnego płaszcza białe pudełeczko z pierścionkiem.
- Tak, oczywiście że tak !
Nachyliłaś się do niego i pocałowałaś go. W tym samym momencie zaczęło lać.
Ale wy byliście zbyt pochłonięci swoim pocałunkiem. On wstając szybko nałożył Ci pierścionek na palec. Uśmiechnął się do Ciebie ciepło cały mokry i dał buziaka w czoło szepcząc do ucha :
- Nie musiałaś się tak stroić. Wiesz, że uwielbiam twoje stare dresy i sweter.
  Ty roześmiałaś się ze łzami szczęścia w oczach. On starł ci je z policzka kciukiem jeszcze raz powtarzając
- Kocham Cię !
autor: SoYeon ~ 

Urodziny !


   - Przestań HyoSoo, no rusz się. Przecież będzie fajnie! -Wysłuchujesz już takiego typu wypowiedzi, od ponad godziny. Jest 24 marca i wyjątkowa sroga wiosna, za oknem śnieg, zimny wiatr i pełno lodu na drogach.Nie ma co - Świetna pogoda na urodziny.  W normalnych okolicznościach, nie przeszkadzałoby ci to, ale ze względu na swój stan, nie jesteś w stanie i nie masz najmniejszej ochoty wychodzić na ten ziąb. Doceniasz starania koleżanek, ale wiesz, że są bezcelowe- za nic nie ruszysz się z łóżka. Tłumaczysz im powoli, skrupulatnie i bardzo wyraźnie, że za nic nie wyjdziesz. Szkoda ci ich, ale to ty tu jesteś solenizantką i Ty wymyślasz zasady. Po długich debatach, nic nie znaczących kłótniach i sprzeczkach- one w końcu wychodzą, dając ci spokój.
   Odetchnęłaś z ulgą i prędko wstałaś z łóżka, zrobić sobie herbatę. Z ulubioną książką w ręce, którą czytasz już po raz enty, krzątasz się po kuchni to wstawiając wodę, to wsypując dwie łyżeczki słodkich granulek do ukochanego kubka. Właśnie tak pragniesz spędzić ten wieczór- leżąc w cieplutkim łóżku, pod kołdrą, mając przy sobie gorącą, słodką ciecz i na prawdę dobrą książkę. Na samą myśl się uśmiechasz. Twój uśmiech poszerza się jeszcze bardziej, ukazując idealnie białe zęby, kiedy słyszysz lekko drażniący uszy dźwięk przestarzałego czajnika, symbolizujący odpowiednią temperaturę wody. Wlewasz ją do kubka i rozkoszujesz się mocną wonią, parującego napoju. Chwytasz naczynie, które kojąco i przyjemnie parzy ci dłonie i udajesz się w stronę swojej sypialni. Gdzie w półmroku, z lampką nad głową, dającą lekką poświatę na wydrukowane słowa, rozpoczynasz zagłębianie się w lekturę.
  Na początku tego nie słyszysz, później myślisz że tylko ci się zdaje, ale kiedy dźwięk dzwonka do drzwi bardzo się nasila i nie daje ci spokoju, nabuzowana wstajesz i idziesz do drzwi mrucząc przekleństwa pod nosem. Otwierasz drzwi, a tam On - HeeChul z tym charakterystycznym dla swojej osoby- uśmiechem, bez pytania wchodzi do środka, wyraźnie czegoś szukając.
- Ubieraj się! - Wyrywa Cię z osłupienia. Nic nie myśląc zaczynasz się ubierać. Jego triumf na twarzy zdaje się być dla Ciebie zagadką. Po tym co mu niedawno powiedziałaś, po tym co usłyszał, nadal z tobą rozmawia. Jesteś szczęśliwa, mimowolnie się uśmiechasz, ale jak masz się zachowywać? Co masz robić? Jasne że nadal możecie być przyjaciółmi, ale ty nadal będziesz go kochać.
- Nie. - Odpowiadasz prawie szeptem, zaskakując samą siebie, ale to wystarczyło, bo on cię usłyszał - Ja nigdzie nie idę -i Zaczynasz zdejmować z siebie kurtkę. Kiedy nagle znajdujesz się przewieszona przez jego ramię i kiedy to On oznajmia Ci głosem nieznoszącym sprzeciwu, że nie ma zamiaru tak spędzać twoich urodzi . . .  W biegu zakładając na ciebie szalik i zamykając drzwi na klucz- w kończy stawia Cię na ziemię i idzie przed siebie, a Ty bez słowa razem z nim . . .
  Stąpacie w ciszy już od dłuższego czasu. Myślisz o tym co Mu powiedziałaś. Nawet teraz jak idzie dumnie kilka kroków przed Tobą, nie możesz wypędzić z umysłu obrazów jego idealnych rysów twarzy, zmierzwionych włosów i słodkiego uśmiechu, którym zawsze Cię obdaża. On nie wie ile to dla Ciebie znaczy. Czujesz Jego słodki zapach i mimowolnie wyobrażasz sobie smak Jego ust tak doskonale współgrających z Twoimi. Czujesz Jego dłoń zaraz przy swojej, i uśmiechasz się szeroko. Ale wracasz do rzeczywistości, doskonale wiesz, że na prawdę jest inaczej. Wyznałaś Mu miłość, a On rozegrał to najgorzej jak tylko mógł. Nie robiłaś mu wyrzutów, ale nie lubiłaś jak zachowywał się jakby nic się nie stało. Nie odpowiedział na twoje uczucia, nie było nawet zwykłego ,,Zostańmy przyjaciółmi,, nic, kompletnie nic. Jakby tego wydarzenia nie było. I co miałaś zrobić? To bolalo Cię najbardziej, to było gorsze od odrzucenia i właśnie tego się najbardziej obawiałaś.
  - WSZTSTKIEGO NAJLEPSZEGO!! ,,Co się dzieje,, pomyślałaś. I ku twojemu zaskoczeniu w tak krótkim czasie, który minął Ci na przemyśleniach powędrowałaś na plaże, która pełna była twoich znajomych, przyjaciół i rodziny. Poczerwieniałaś nie tyle z zachwytu co ze szczęścia, bo oto wystąpiłaś przed wszystkimi w pidżamie, której wzorek nieszczególnie napawał Cię dumą. Przyjaciółki szybko zabrały Cię z tłumu i zaprowadziły do przebieralni, w której to obdarzyły Cię prezentem, czyli śliczną wieczorową sukienką. W której nawet sama przed Sobą musiałaś przyznać, ze wyglądałaś zdumiewająco. Krwista czerwień idealnie współgrała z pełnymi ustami, a jej koniec w połowie ud, odsłaniał idealnie wyrzeźbione i zgrabne nogi, ramiączka zapewniały komfor ruchu i odsłaniały drobne ręce. Czułaś się w niej świetnie, przeczesałaś włosy i wyszłaś zadowolona i w nieco lepszym humorze.
Jako że impreza w marcu na plaży była dośc niewygodną sprawą, wszystko przeniosło się do knajpki właściwie unoszącej się na wodzie. W drodzę do budynku miałaś sposobność podziwiać plaże w całej okazałości. Fale obijały się o wielkie kamienie, pozostawiajac po sobie trochę piany. Woda była lekko wzburzona, ale mimo to niebieska toń biła spokojem i równowagą. Ten widok podniósł Cię na duchu i wiedziałaś, że Tego wieczoru jesteś gotowa na wszystko, ale nie na to co się akurat stało.
- Możemy porozmawiać? -Usłyszałaś Jego głos. Cała duma i odwaga z Ciebie wyparowały. Co miałaś zrobić, co mogłaś w takiej sytuacji zrobić? Poszliście razem na molo. W tej w chwili po prostu Go nienawidziłaś. A właściwie już nie widziałaś co tak do Niego czujesz. To było trudne.
Ta jedna rzecz, to doznanie zmieniło wszystko.
On bez słowa jakiegokolwiek wyjaśnienia po prostu delikatnie wpił się w twoje usta. Smakowały dokłądnie tak jak sobie wyobrażałaś. Kiedy poglębiłaś równie delikatnie pocałunek on zrobił to samo. Potem przyłożył swoje czoło do twojego, tak że stykaliście się nosami. Chwycił Cię za ręce i zaczął tłumaczyć, ale Tobie nie były potrzebne słowa. Wszystko wyczułaś, w jego zachowaniu. On potrzebował czasu, robił to dla Ciebie, nie wiedział jak się zachować. Rozumiałaś go, teraz wszystko już rozumiałaś. Wpoiłaś się nieco zachłanniej w jego usta i wyczułaś uśmiech na jego twarzy, który szybko ustąpił miejsca gorącemu pocałunkowi.
- Kocham Cię. -Powiedzieliście równocześnie. I z uśmiechem na twarzy, oraz splecionymi rękoma wróciliście na najlepszą impreze w Twoim życiu.
autor : Yomi ~