Nie żebym
się skarżyła, ale czy życie nie jest niesprawiedliwe? No, bo ja wiem, że
wszystko co mnie spotyka to tylko próby, wszystko co trudne ma mnie uczynić
bardziej wytrzymałą i doświadczoną. Tylko że nie wiem jak to jest, ale mam
nieodparte wrażenie, że u mnie to działa w drugą stronę. Wielkie sorry, ale kto
jak kto- ja już powinnam być człowiekiem ze stali, bez uczuć i słabości, a
muszę przyznać, że jestem niczym. Pustą, bezsilną nieudacznicą, płaczącą po
kątach i ledwo wiążącą koniec z końcem.
No cóż. Rodzicie byli pewni, że nie mogą mieć dzieci więc adoptowali śliczną dziewczynkę. Byli na prawdę szczęśliwi, a tu nagle wieść o ciąży. Trochę obaw, słone łzy, ale koniec końców wielkie szczęście- lecz krótko. Usunąć- nie, bo po co? Urodzi się i się je wyrzuci. Tak. Tak właśnie było. Już wtedy powinnam była być silna, a byłam bezbronnym niemowlęciem nie potrafiącym nawet nic powiedzieć. Na moje nieszczęście znalazła mnie jakaś starsza pani, która za nic nie pozwoliła mi umrzeć. No cóż.
W wieku iluś tam lat, to nieistotne, wywalali mnie ze wszystkich szkół, bo ponoć znęcałam się nad dziećmi. A ja po prostu dawałam im to na co zasługiwali.
Byłam już dorosła, nawet zżyłam się z przemiłą babulką i kiedy już miałam ją zaakceptować, kiedy chciałam aby była moją rodziną, tą prawdziwą i troskliwą, a nie tą co mnie porzuciła- to ta umarła w męczarniach nie mogąc nawet ze mną porozmawiać.
Oto kolejne co straciłam, a co uczyniło mnie jeszcze słabszą. Nie mogłam się pozbierać. Zaczęłam pić i ćpać, brałam wiele kolorowych tabletek, ale te cholerne specyfiki nie działały na mnie. Za nic nie mogłam umrzeć. Jasne mogłam skoczyć z dziesiątego piętra, ale na to chyba nie byłam gotowa. Po prostu chciałam to zrobić po cichu, żeby nikt nie wiedział, ze istniałam.
Mieszkałam w domku babulki, które jak się okazało powinnam co miesiąc opłacać, kto by pomyślał? I tak mnie z niego wywalili, a nieruchomość wystawili na sprzedaż. Miałam to gdzieś. Co jakiś czas i tak wybijałam szybę i spałam w ciepłych pokojach, oczywiście do czasu. Ktoś mnie w końcu przyłapał, obyło się bez sprawy w sądzie, ale było pewne, ze już tam nie wrócę.
Co tu dużo mówić? Beznadzieja i tyle.
Nie miałam co ze sobą zrobić. Spałam na ławce w parku, czasami w metrze, a czasami pod mostem z innymi bezdomnymi gówniarzami.
Poznałam wielu ludzi w takim samym położeniu co ja, a nawet gorszym. Dziewczyny tłumacząc, że bez tego by nie przetrwały zostawały dziwkami za pieniądze.
Faktem było, że od tamtej pory żyło im się lepiej, ale ja nie byłam taka. Wolałam umrzeć niż oddać się jakiemuś niewyżytemu draniowi.
Właściwie pewnie nawet do teraz błąkałabym się po świecie wybierając drobniaki z fontanny, czy żebrając, gdyby nie On.
Zico był niesamowicie dobrą osobą. Bardzo wrażliwy, ale przy tym uparty i pewny siebie. Nie potrafił przejść obojętnie obok cierpiącego człowieka, i w taki sposób odnalazł mnie.
Nasze pierwsze spotkanie nie napawa mnie dumą, ale była to najszczęśliwsza chwila w moim życiu.
Kiedyś znalazłam na śmietniku gitarę w całkiem dobrym stanie. Pewnie jakiś głupi, rozwydrzony bogacz ją wyrzucił, bo odcień mu się nie podobał. Nie ważne, w każdym bądź razie wzięłam ją i postanowiłam, że zacznę się uczyć. No i brzdękoliłam sobie codziennie, co wieczór, co noc. Nienastrojoną gitarę było słychać przy odrobinie ciszy, z całkiem dużej odległości dlatego zaszywałam się w odludnych miejscach i swoich ukryciach, aby nikogo nie niepokoić. Dzięki Bogu nie udało się.
Jednym z ,,moich,, miejsc był stary spruchniały dąb w środku lasu. Już dawno pod wpływem jakiejś błyskawicy się przewalił i teraz tworzył idealne, szerokie siedzisko na którym często sypiałam.
Środek lasu nie był wcale tak niebezpieczny jakby się mogło wydać. Fakt, że było przerażająco, ale z drugiej strony drzewo to znajdowało się w idealnym miejscy, bo osłonięte było gęstymi krzaczorami, które trochę zatrzymywały dźwięki i chroniły przed otoczeniem.
Był to mój azyl, który uwielbiałam, ale jak się okazało nie tylko mój.
Pewnej nocy kiedy już zasypiałam, usłyszałam łamanie gałęzi, trochę się przestraszyłam, a mój poziom adrenaliny znalazł się na skraju, gdy jakiś wysoki chłopaczyna próbował na mnie usiąść.
Uwielbiam wspominać jego twarz. Był taki przerażony, a ja zaczęłam się z niego śmiać, nie mogąc się powstrzymać.
- Co ty tu robisz?- Zapytał zachrypniętym głosem, był bardzo poważny i przyglądał mi się z ciekawością. Ja odpowiadając głośnymi salwami śmiechu odparłam, że lubię tu bywać, bo to mnie uspokaja. Ot tak głupiutkie kłamstwo, w które łatwo uwierzył, bo jak sam stwierdził bywa tu z tego samego powodu. Nie lubiłam kłamać, bo to może przysporzyć tylko wiele kłopotów, ale nie miałam zamiaru się przyznawać, że sypiam na tym spruchniałym drzewie, bo jestem bezdomna.
Chłopak zauważył gitarę i rzucił mi pytające spojrzenie. Zmieszałam się, bo nie była w najlepszym stanie, a ja nie potrafiłam grać.
- Grasz tutaj, o tej godzinie?- Zapytał z ciekawością, już wtedy zaczynał coś podejrzewać. Przytaknęłam głową potwierdzając informację, oraz jak się później od niego dowiedziałam oblałam się rumieńcem tak intensywnym, że z łatwością można go było dostrzec w mroku. Chłopak chwycił instrument do ręki i zaczął ,,coś,, z nim robić- znaczy stroić ją. Później zagrał śliczną melodię, którą znałam. Była to kołysanka, którą co noc śpiewała mi moja mama. Jej słowa opowiadały o lepszym świecie snów, do których co noc Pan Bóg pozwala nam wejść. Nie wiem skąd ją znał, bo jak myślałam była autorstwa mojej mamy, ale nie chciałam go pytać. Dźwięk ten tak mi się podobał, że nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Przypatrywałam się jego twarzy z niedowierzaniem wymalowanym na mojej. Wszystkie moje funkcje życiowe zostały wyłączone. Mogłam tylko widzieć i słyszeć. Mimowolnie się uśmiechałam, a moje nogi stały się jak z waty. Powoli odpływałam wpatrując się w jego przystojną twarz, gdyby nie jego słowa, pewnie bym upadła.
- Masz zamiar tak na mnie patrzeć, czy może coś powiesz?- w Tym momencie się wyrwałam z transu. Zico stał jakiś metr ode mnie, gitara leżała na pniu. Nie wiem jak to się stało, ale przestał grać już jakiś czas temu, a byłam pewna, że cały czas słyszałam muzykę. Co najgorsze wciąż na niego patrzyłam. Oglądałam jego twarz, chłonęłam jego obecność. Nie potrafiłam tego powstrzymać. Widziałam w jego oczach nadzieje dla samej siebie.
- Opowiedz mi swoją prawdziwą historię?- I domyślił się. Nie chciałam się przyznać, za żadne skarby. Obiecałam sobie, że nie będę nikogo zadręczać własnymi problemami, ale On chciał słuchać, więc uległam.
Później przeszliśmy wiele kłótni, to znaczy rozmów. Nie dogadywaliśmy się zbyt dobrze. Zico chciał żebym zamieszkała u niego, poszukała pracy, albo szkoły, a ja nie chciałam być zależna od niego. Poszliśmy na kompromis, który już pierwszej nocy został przełamany.
To głupie, ale tak szybko się w nim zakochałam, nie potrafiłam się powstrzymać. Po kilku miesiącach znajomości byliśmy nierozłączni, a ja wyglądałam i czułam się jak człowiek, a nie jak wrak.
Byłam wtedy taka szczęśliwa, ale to też nie trwało długo. Po około ośmiu miesiącach naszej znajomości Zico poważnie zachorował. Czuwałam przy nim, jak on wcześniej przy mnie, ale ja byłam słabsza, nie potrafiłam nic zrobić. Siedziałam i do niego mówiłam, nie jestem nawet pewna czy mnie słyszał, bo nigdy tego nie powiedział, wspomniał tylko, że kołysanka zmieniała znaczenie, gdy to ja ją śpiewałam, powiedział, że dawała nadzieję na lepsze życie. Dopiero później zrozumiałam o co mu chodziło.
Słuchajac lekarzy, przekonywałam się, że nie zostało Mu wiele czasu. Dawali mu góra dwa dni. Zico to był człowiek ze stali. On przeżył więcej prób niż wszyscy ludzie jakich poznałam razem wzięci. Miał mnóstwo rodzeństwa, a sam był najmłodszy przez co zawsze odtrącany.
Rodzice byli już starzy i zmęczeni. Dziadkowie umarli przed jego narodzinami, najstarsze rodzeństwo wyjechało za granicę, aby pracować i wieść nowe życie- zostawiało rodziców bez żadnej pomocy, czy odezwu. Po prostu odcinali się od rodziny. A dlaczego? Ponieważ rodzice Zico byli narkomanami. Wszystkie pieniądze przepuszczali na dopalacze. Chłopak w młodym wieku co dzień był świadkiem przemocy. Ojciec bił jego, rodzeństwo oraz matkę, która z resztą nie była mu wiele dłużna. Często oddawała mu się za nawet najmniejszą dawkę tego świństwa i zachodziła w ciążę, podczas której nie odstawiała. W ten sposób Zico w wieku czterech lat stracił nienarodzone rodzeństwo. Chłopiec od najmłodszych lat sam musiał dbać o siebie i czasami o starsze rodzeństwo. W wieku siedmiu lat matka umarła- przedawkowała. Ojciec podobno nawet nie zapłakał, ale był niewyżyty dlatego gwałcił własne córki, na oczach reszty rodzeństwa. Po kilku latach organizm mężczyzny nie wytrzymał i zginął on we śnie. Rodzeństwo Zico uciekło jak najszybciej, aby zacząć własne życie, ale on sam był za mały, żeby sobie poradzić więc w swej zaradności zwrócił się o pomoc do Kościoła, gdzie żył przez wiele czasu. Później dzięki jego zdolnościom znalazł dobrze opłacalną pracę, którą kochał. Miał mnóstwo pieniędzy, ponieważ był oszczędny. Nie wydawał ich na głupoty, ale na pomoc biednym między innymi mi. A później zachorował przeze mnie.
Życie potraktowało go bardzo brutalnie, stawiało przed nim wiele prób, a na koniec rzucono go na głęboką wodę, aby już nie wypłynął.
Co mogłam zrobić? Właściwie nic. Byłam bezsilna i bezużyteczna. Myślałam, że to mnie spotkało wiele nieszczęść, myślałam, ze to moje życie jest niesprawiedliwe, ale nie miałam najgorzej. Jego choroba była dla mnie wielkim trudem i kolejną próbą, ale nie była końcem.
Mogłam mu tylko śpiewać tą cholerną kołysankę, aby odszedł przy jej dźwiękach i trzymać go za rękę, by wiedział, że ma dla kogo zostać. Co jakiś czas całowałam jego rozpalone czoło, a wtedy się wzdrygał, jego słabe ciało przechodził dreszcz. Nigdy tego nie zapomnę. Z moich ust co chwila wydobywały się słowa kołysanki, którą znienawidziłam.
,,Spij, kochanie śpij,
Nie budź się już,
Niech ci się przyśni Bóg,
On zabierze Cię do lepszej krainy,
Pokaże Ci jak się cieszyć,
Tylko spij i nie budź się już.
Czas już odejść. '' Autor: Yomi
No cóż. Rodzicie byli pewni, że nie mogą mieć dzieci więc adoptowali śliczną dziewczynkę. Byli na prawdę szczęśliwi, a tu nagle wieść o ciąży. Trochę obaw, słone łzy, ale koniec końców wielkie szczęście- lecz krótko. Usunąć- nie, bo po co? Urodzi się i się je wyrzuci. Tak. Tak właśnie było. Już wtedy powinnam była być silna, a byłam bezbronnym niemowlęciem nie potrafiącym nawet nic powiedzieć. Na moje nieszczęście znalazła mnie jakaś starsza pani, która za nic nie pozwoliła mi umrzeć. No cóż.
W wieku iluś tam lat, to nieistotne, wywalali mnie ze wszystkich szkół, bo ponoć znęcałam się nad dziećmi. A ja po prostu dawałam im to na co zasługiwali.
Byłam już dorosła, nawet zżyłam się z przemiłą babulką i kiedy już miałam ją zaakceptować, kiedy chciałam aby była moją rodziną, tą prawdziwą i troskliwą, a nie tą co mnie porzuciła- to ta umarła w męczarniach nie mogąc nawet ze mną porozmawiać.
Oto kolejne co straciłam, a co uczyniło mnie jeszcze słabszą. Nie mogłam się pozbierać. Zaczęłam pić i ćpać, brałam wiele kolorowych tabletek, ale te cholerne specyfiki nie działały na mnie. Za nic nie mogłam umrzeć. Jasne mogłam skoczyć z dziesiątego piętra, ale na to chyba nie byłam gotowa. Po prostu chciałam to zrobić po cichu, żeby nikt nie wiedział, ze istniałam.
Mieszkałam w domku babulki, które jak się okazało powinnam co miesiąc opłacać, kto by pomyślał? I tak mnie z niego wywalili, a nieruchomość wystawili na sprzedaż. Miałam to gdzieś. Co jakiś czas i tak wybijałam szybę i spałam w ciepłych pokojach, oczywiście do czasu. Ktoś mnie w końcu przyłapał, obyło się bez sprawy w sądzie, ale było pewne, ze już tam nie wrócę.
Co tu dużo mówić? Beznadzieja i tyle.
Nie miałam co ze sobą zrobić. Spałam na ławce w parku, czasami w metrze, a czasami pod mostem z innymi bezdomnymi gówniarzami.
Poznałam wielu ludzi w takim samym położeniu co ja, a nawet gorszym. Dziewczyny tłumacząc, że bez tego by nie przetrwały zostawały dziwkami za pieniądze.
Faktem było, że od tamtej pory żyło im się lepiej, ale ja nie byłam taka. Wolałam umrzeć niż oddać się jakiemuś niewyżytemu draniowi.
Właściwie pewnie nawet do teraz błąkałabym się po świecie wybierając drobniaki z fontanny, czy żebrając, gdyby nie On.
Zico był niesamowicie dobrą osobą. Bardzo wrażliwy, ale przy tym uparty i pewny siebie. Nie potrafił przejść obojętnie obok cierpiącego człowieka, i w taki sposób odnalazł mnie.
Nasze pierwsze spotkanie nie napawa mnie dumą, ale była to najszczęśliwsza chwila w moim życiu.
Kiedyś znalazłam na śmietniku gitarę w całkiem dobrym stanie. Pewnie jakiś głupi, rozwydrzony bogacz ją wyrzucił, bo odcień mu się nie podobał. Nie ważne, w każdym bądź razie wzięłam ją i postanowiłam, że zacznę się uczyć. No i brzdękoliłam sobie codziennie, co wieczór, co noc. Nienastrojoną gitarę było słychać przy odrobinie ciszy, z całkiem dużej odległości dlatego zaszywałam się w odludnych miejscach i swoich ukryciach, aby nikogo nie niepokoić. Dzięki Bogu nie udało się.
Jednym z ,,moich,, miejsc był stary spruchniały dąb w środku lasu. Już dawno pod wpływem jakiejś błyskawicy się przewalił i teraz tworzył idealne, szerokie siedzisko na którym często sypiałam.
Środek lasu nie był wcale tak niebezpieczny jakby się mogło wydać. Fakt, że było przerażająco, ale z drugiej strony drzewo to znajdowało się w idealnym miejscy, bo osłonięte było gęstymi krzaczorami, które trochę zatrzymywały dźwięki i chroniły przed otoczeniem.
Był to mój azyl, który uwielbiałam, ale jak się okazało nie tylko mój.
Pewnej nocy kiedy już zasypiałam, usłyszałam łamanie gałęzi, trochę się przestraszyłam, a mój poziom adrenaliny znalazł się na skraju, gdy jakiś wysoki chłopaczyna próbował na mnie usiąść.
Uwielbiam wspominać jego twarz. Był taki przerażony, a ja zaczęłam się z niego śmiać, nie mogąc się powstrzymać.
- Co ty tu robisz?- Zapytał zachrypniętym głosem, był bardzo poważny i przyglądał mi się z ciekawością. Ja odpowiadając głośnymi salwami śmiechu odparłam, że lubię tu bywać, bo to mnie uspokaja. Ot tak głupiutkie kłamstwo, w które łatwo uwierzył, bo jak sam stwierdził bywa tu z tego samego powodu. Nie lubiłam kłamać, bo to może przysporzyć tylko wiele kłopotów, ale nie miałam zamiaru się przyznawać, że sypiam na tym spruchniałym drzewie, bo jestem bezdomna.
Chłopak zauważył gitarę i rzucił mi pytające spojrzenie. Zmieszałam się, bo nie była w najlepszym stanie, a ja nie potrafiłam grać.
- Grasz tutaj, o tej godzinie?- Zapytał z ciekawością, już wtedy zaczynał coś podejrzewać. Przytaknęłam głową potwierdzając informację, oraz jak się później od niego dowiedziałam oblałam się rumieńcem tak intensywnym, że z łatwością można go było dostrzec w mroku. Chłopak chwycił instrument do ręki i zaczął ,,coś,, z nim robić- znaczy stroić ją. Później zagrał śliczną melodię, którą znałam. Była to kołysanka, którą co noc śpiewała mi moja mama. Jej słowa opowiadały o lepszym świecie snów, do których co noc Pan Bóg pozwala nam wejść. Nie wiem skąd ją znał, bo jak myślałam była autorstwa mojej mamy, ale nie chciałam go pytać. Dźwięk ten tak mi się podobał, że nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Przypatrywałam się jego twarzy z niedowierzaniem wymalowanym na mojej. Wszystkie moje funkcje życiowe zostały wyłączone. Mogłam tylko widzieć i słyszeć. Mimowolnie się uśmiechałam, a moje nogi stały się jak z waty. Powoli odpływałam wpatrując się w jego przystojną twarz, gdyby nie jego słowa, pewnie bym upadła.
- Masz zamiar tak na mnie patrzeć, czy może coś powiesz?- w Tym momencie się wyrwałam z transu. Zico stał jakiś metr ode mnie, gitara leżała na pniu. Nie wiem jak to się stało, ale przestał grać już jakiś czas temu, a byłam pewna, że cały czas słyszałam muzykę. Co najgorsze wciąż na niego patrzyłam. Oglądałam jego twarz, chłonęłam jego obecność. Nie potrafiłam tego powstrzymać. Widziałam w jego oczach nadzieje dla samej siebie.
- Opowiedz mi swoją prawdziwą historię?- I domyślił się. Nie chciałam się przyznać, za żadne skarby. Obiecałam sobie, że nie będę nikogo zadręczać własnymi problemami, ale On chciał słuchać, więc uległam.
Później przeszliśmy wiele kłótni, to znaczy rozmów. Nie dogadywaliśmy się zbyt dobrze. Zico chciał żebym zamieszkała u niego, poszukała pracy, albo szkoły, a ja nie chciałam być zależna od niego. Poszliśmy na kompromis, który już pierwszej nocy został przełamany.
To głupie, ale tak szybko się w nim zakochałam, nie potrafiłam się powstrzymać. Po kilku miesiącach znajomości byliśmy nierozłączni, a ja wyglądałam i czułam się jak człowiek, a nie jak wrak.
Byłam wtedy taka szczęśliwa, ale to też nie trwało długo. Po około ośmiu miesiącach naszej znajomości Zico poważnie zachorował. Czuwałam przy nim, jak on wcześniej przy mnie, ale ja byłam słabsza, nie potrafiłam nic zrobić. Siedziałam i do niego mówiłam, nie jestem nawet pewna czy mnie słyszał, bo nigdy tego nie powiedział, wspomniał tylko, że kołysanka zmieniała znaczenie, gdy to ja ją śpiewałam, powiedział, że dawała nadzieję na lepsze życie. Dopiero później zrozumiałam o co mu chodziło.
Słuchajac lekarzy, przekonywałam się, że nie zostało Mu wiele czasu. Dawali mu góra dwa dni. Zico to był człowiek ze stali. On przeżył więcej prób niż wszyscy ludzie jakich poznałam razem wzięci. Miał mnóstwo rodzeństwa, a sam był najmłodszy przez co zawsze odtrącany.
Rodzice byli już starzy i zmęczeni. Dziadkowie umarli przed jego narodzinami, najstarsze rodzeństwo wyjechało za granicę, aby pracować i wieść nowe życie- zostawiało rodziców bez żadnej pomocy, czy odezwu. Po prostu odcinali się od rodziny. A dlaczego? Ponieważ rodzice Zico byli narkomanami. Wszystkie pieniądze przepuszczali na dopalacze. Chłopak w młodym wieku co dzień był świadkiem przemocy. Ojciec bił jego, rodzeństwo oraz matkę, która z resztą nie była mu wiele dłużna. Często oddawała mu się za nawet najmniejszą dawkę tego świństwa i zachodziła w ciążę, podczas której nie odstawiała. W ten sposób Zico w wieku czterech lat stracił nienarodzone rodzeństwo. Chłopiec od najmłodszych lat sam musiał dbać o siebie i czasami o starsze rodzeństwo. W wieku siedmiu lat matka umarła- przedawkowała. Ojciec podobno nawet nie zapłakał, ale był niewyżyty dlatego gwałcił własne córki, na oczach reszty rodzeństwa. Po kilku latach organizm mężczyzny nie wytrzymał i zginął on we śnie. Rodzeństwo Zico uciekło jak najszybciej, aby zacząć własne życie, ale on sam był za mały, żeby sobie poradzić więc w swej zaradności zwrócił się o pomoc do Kościoła, gdzie żył przez wiele czasu. Później dzięki jego zdolnościom znalazł dobrze opłacalną pracę, którą kochał. Miał mnóstwo pieniędzy, ponieważ był oszczędny. Nie wydawał ich na głupoty, ale na pomoc biednym między innymi mi. A później zachorował przeze mnie.
Życie potraktowało go bardzo brutalnie, stawiało przed nim wiele prób, a na koniec rzucono go na głęboką wodę, aby już nie wypłynął.
Co mogłam zrobić? Właściwie nic. Byłam bezsilna i bezużyteczna. Myślałam, że to mnie spotkało wiele nieszczęść, myślałam, ze to moje życie jest niesprawiedliwe, ale nie miałam najgorzej. Jego choroba była dla mnie wielkim trudem i kolejną próbą, ale nie była końcem.
Mogłam mu tylko śpiewać tą cholerną kołysankę, aby odszedł przy jej dźwiękach i trzymać go za rękę, by wiedział, że ma dla kogo zostać. Co jakiś czas całowałam jego rozpalone czoło, a wtedy się wzdrygał, jego słabe ciało przechodził dreszcz. Nigdy tego nie zapomnę. Z moich ust co chwila wydobywały się słowa kołysanki, którą znienawidziłam.
,,Spij, kochanie śpij,
Nie budź się już,
Niech ci się przyśni Bóg,
On zabierze Cię do lepszej krainy,
Pokaże Ci jak się cieszyć,
Tylko spij i nie budź się już.
Czas już odejść. '' Autor: Yomi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz