środa, 21 sierpnia 2013

Jesteś dla niego całym światem, jesteś dla niego wszystkim.

-Otwórz buzię! Bez jakiegokolwiek zawahania, czy przemyślenia automatycznie otworzyłaś szeroko usta by po chwili poczuć w nich smak słonawych truskawek, maczanych w przepysznej czekoladzie. Czyli poczuć smak deseru twojego partnera, który chętnie się nim dzielił podając ci spore porcje bezpośrednio do ust.
Uwielbiałaś tego radzaju desery. Oblizałaś usta z rozkoszą, ale to nie wystarczyło ponieważ ciekła czekolada zdążyła się przedostać na brodę. Tego nie mogłaś się pozbyć językiem, w przeciwieństwie do twojego ukochanego. Który powoli przysuwał się do ciebie szurając swoim krzesłem i robiąc spory hałas na sali restauracyjnej. Sprawiło to, że kilku wścibskich gości odwróciło się  w waszą stronę i obdarzyło srogimi spojrzeniami. Byłaś nieco wyczulana na takie zachowania. Uśmiechnęłaś się nieśmiało z przepraszającą miną i unikałaś ich spojrzeń.
Natomiast HeeChul był do tego przyzwyczajony, baa, on to uwielbiał. Dlatego z jeszcze większym impetem w końcu znalazł się obok ciebie i nim zdązyłaś choć postanowić mu powiedzieć, że w restauracji nie wypada robić takich rzeczy. Ten wbił się swoimi ustami w twóją brodę. Jego język szybko pozbył się czelolady i sunął coraz wyżej, aż w końcu znalazł czego szukał.
A ty byłaś słaba. Mimo, że było ci wstyd, bo wiedziałaś że wielu teraz na was patrzy i nie pochwala waszego zachowania. To nie potrafiłaś przerwać. Oddałaś mu się. Pogłębiałaś pocałunek. Twoję ręce znalazły się na jego szyji, podczas gdy on psuł ci staranie spiętego koka.
Kiedy w końcu się od ciebie oderwał, nie byłaś na to gotawa, dyszałaś ciężko i dopiero po chwili doszłaś do siebie.
Omiotłaś sale spojrzeniem. Musiałaś stwierdzić że atmosfera była na prawdę romantyczna. Ciemne, niewielkie pomieszczenie. Mieszczące w sobie sześć, dwuosobowych stolików w równych odstępach z drewnianą podłogą i wytapetowaną ścianą w kwiecisty wzór. Do tego nastrojowe białe lampiony, dajace niewielkie światło na stoliki. Właściwie idealnie.
No gdyby nie to, ze nie jesteście tam sami. A teraz wszyscy na was patrzą ze wstrętem.
Rzucasz nienawistne spojrzenie na HeeChul'a, który uśmiecha się od ucha do ucha, w ten cudowny uwodzicielski sposób i puszcza ci zalotne oczko.
W ogóle się nie przejmuje opinią innych. I za to go kochasz.
Mimo to dobrze wiesz, że pod tą maską kryje się bolesna historia. Teraz doskonale nad sobą panuje, nie zważa na ocenę innych, jest po prostu bardzo pewny sebie.
Ale nie zawsze tak było. Od zawsze kochał śpiewać. Chętnie grywał na instrumentach. Czesto występował w kawiarni swoich znajomych i dostawiał spore napiwiki, ale z czasem to się zmienilo.
W szkole średniej, miał specyficzny gust, był przeciętnym uczniem, do tego niezbyt grzecznym i pilnym. Zrywał się z lekcji, albo zwyczajnie nie uważał na słowa nauczycieli. Zamiast tego komponował nowe melodie i teksty.
Wciąż nie zaprzestawał swoich występów, ale teraz bez swego dziecięcego uroku nie był już tak gromko oklaskiwany.
Miał rzeszę wiernych fanów, ale poza tym ludzie śmiali sie z jego coraz to tragiczniejszych tekstów. Dzieci w szkole go wyśmiewały. W końcu sam HeeChul miał tego dosyć i od tamtej pory każdy kto powiedział złe słowo o jego twórczości czy stylu bycia. Był zapisywany w jego pamięci,a później gnębiony.
I nie ważne czy przeciwnik był większy czy silniejszy. HeeChul tak nie nawidził krytyki, że w szale potrafił sporym kosztem pobić do nieprzytomności dosłownie każdego, nawet sporą grupę. Nigdy nikomu nie odpuszczał. Był bardzo wrażliwy na tym punkcie. Sam z nikogo się nie śmiał i oczekiwał tego samego od innych.
Jego rodzina była wszytkim wsztrząśnięta. Często musieli go odbierać z komisariatów i płacić spore kaucje, do tego częste kontuzje, rachunki za szpital i leki.
A jego stan się nie poprawiał ani trochę. Zaczęli więc go ciągać po psychologach, grupach wsparcia i tym podobnych. Ale nic mu nie pomagało.
Aż pewnego dnia jego rodzice przeżyli szok. Bo oto na ich oczach ktoś zkrytykował jego twórczość przy występie w kawiarni. HeeChul wstał, jego ojciec był gotowy do interwencji, ale ten nie rzucił się z pięściami na krytyka, tylko po prostu przeszedł dalej olewajac zaistniałą sytuacje. A zmierzał wtedy do ciebie, na wasze drugie z kolei spotkanie i pierwszą prawdziwą randkę.
Sam wciąż powtarzał, że to ty go tak zmieniłaś, ze wystarczyło twoje jedno spojrzenie, jedno słowo, jeden ruch by zrozumiał że to bez sensu.
Teraz się z tego smiejesz, ale z biegiem czasu zaczynasz myśleć, ze to prawda, bo odkąd się spotykacie, odkąd jesteście parą on nie podniósł ręki na nikogo.
Po prostu się zmienił i teraz jest jeszcze wspanialszy niż był.
Nie potrafiliście długo wytrzymać bez siebie nawzajem. Kiedy ty pracowałaś w kwiaciarni, ten odwiedzał cię w przerwach swojego zajęcia, a po pracy odbierał cię swoim samochodem i wracaliście razem do wspólnego mieszkania.
Tak miało być i wtedy. Z niecierpliwością czekałaś na ukochanego. Odstukiwałaś długopisem rytm zegara o blat. Jeszcze tylko kilka minut do zamknięcia i kilkanaście do jego przyjazdu. Na samą myśl nerwowo poprawiasz fryzurę.
W końcu ostatni klient i wreszcie. Po bardzo wymagającej staruszce, która koniecznie chciała sprawdzić jak wygląda wiązanka z każdym rodzajem kwiatów po kolei, możesz odetchnąć, założyć kurtkę i zamykając lokal wyjść na ulice. Gdzie pozostaje ci czekać na HeeChula.
Jak zwykle przechadzasz się uliczką w stronę, z której ma podjechać czarne audi twojego ukochanego.
Chłodny wiatr rozwiewa rozpuszczone włosy. Krzyżujesz ręce by było ci cieplej i zwiększasz tempo. Coś długo go nie ma. Sprawdzasz skrzynkę odbiorczą w telefonie, ale żadnej wiadomości. Czy stało się coś złego,  a może po prostu nie przyjedzie i powinnaś była iść na autobus? Co chwila zerkasz nerwowo na zegarek. W końcu przed tobą na jezdni widać dwa jasne światła. Uśmiechasz się i zatrzymujesz. To oczywiście czarne audi, na które tak bardzo czekałaś.
Wsiadasz na wygodnie skórzane siedzenie, zapinasz pas i zamykasz drzwi. Z uśmiechem na ustach nastawiasz się do pocałowania w policzek ukochanego, jak to masz w zwyczaju kiedy odbiera cię z pracy, ale kiedy się do niego odwracasz przeżywasz szok.
To nie on. To ktoś inny.
Twój ukochany nie wdałby sie w bójkę, a ten tutaj, wygląda jakby w pojedynkę chciał rozgromić sporą grupę mięśniaków. Ogromne sińce na czole i policzkach, spuchnięte pół twarzy, zadrapania na łukach brwiowych i dolnej wardze, z których jeszcze sączy się krew lub już zakrzepła. Na rękach to samo. Fioletowe sinńe, krwiaki.
- Przepraszam, ale to nie była moja wina, wysłuchaj mnie. Od razu chciał przejść do wyjaśnień, ale to nie miało znaczenia. Obiecał ci, że dopóki będzie cię kochał, dopóty nie wda się w żadną bójkę. Proszę nie płacz- mówił dalej, ale ty już nie słuchałaś. Odtrąciłaś rękę, która chciała zetrzeć twoje łzy. I wysiadłaś z samochodu.
Może twoja reakcja była zbyt pochopna, ale wiedziałaś jaki był przed przemianą, słyszałaś opowieści i relacje świadków. Byłaś tym wstrząśnięta. Wiele razy cię uprzedzano co może się stać, kiedy on znów polegnie. Nie słuchałaś wtedy tego, wierzyłaś w niego, ale teraz, teraz kiedy stało sie być może nieuniknione. Bałaś się.
Twój płacz roznosiło echo uliczki. Płakałaś nie ze strachu czy zakłopotania, płakałaś bo szkoda ci go było, bo go kochałaś i powoli traciłaś.
Nie słyszałaś nic oprócz własnego przyśpieszonego oddechu i tupania obcasów o chodnik. Co chwila wycierałaś oczy z łez. Chciałaś wiedzieć co się stało, dać mu sie wytłumaczyć, ale bałaś się.
Skoro on znów kogoś pobił, równie dobrze mógł to zrobić kolejny raz. A może nawet pobić ciebie. Na tę myśl rozpłakałaś sie jeszcze bardziej i zwiększyłaś tempo.
Rozległ się trzask zamykanych z impetem drzwi samochodu i twoje imię wykrzyczane ochrypłym zmęczonym głosem. Odwróciłaś się, a on szedł za tobą. W panice zaczęłaś biec coraz szybciej, aby sie przed nim ukryć.
Wbiegłaś w jakąś boczną uliczkę. Nie miałaś już siły dalej tego ciągnąć oparłaś się o ścianę. Starałaś zachowywać się jak najciszej, ale twój niespokojny, ciężki oddech i ciągłe szlochanie zdradzało twoje położenie.
- HyoSoo proszę daj mi się wytłumaczyć. HeeChul oczywiście cię znalazł, wciąż wyglądał strasznie, tylko że dlaczego wraz z jego przybyciem przestałaś płakać, poczułaś sie bezpiecznie i chciałaś rzucić mu się w ramiona?
Podszedł jeszcze bliżej. Nie miałaś odwagi zrobić jakiegokolwiek ruchu. Po prostu stałaś patrząc na swoje buty. Stał bardzo blisko ciebie. Domyśliłaś się że bardzo chce abyś spojrzała mu w oczy, ale nie miałaś siły podnieść głowy.
Jego lewa ręka znalazła sie przy twoim prawym ramieniu, a druga po drugiej stronie tak że nie mogłaś mu teraz uciec.
Przybliżył się jeszcze bardziej. Zaczął szeptać ci do ucha.
- Nie złamałem obietnicy. Jakiś koleś rozpoznał mnie na ulicy. On, on zaczął wygadywać straszne rzeczy. HeeChul cały drżał, mówił bardzo cicho i często się jąkał- straszne rzeczy o tobie- kontynuował- obrażał cię nie mogłem tego znieść, powiedziałem mu żeby przestał, ale robił to dalej. Ja, ja musiałem.  W tym momencie chłopak prawą pięścią z całej siły wymierzył cios w ścianę za tobą, tak że usłyszałaś pęknięcie i byłaś pewna, że to nie ściana. Potem bezsilny oparł głowę o ścianę na wysokości twoich oczu. Prawie szlochając mówił dalej.
- Wybacz mi na prawdę tego nie chciałem. On nie przestawał. Ale ja z nim nie walczyłem. Chciałem go uderzyć, chciałem żeby nigdy tak o tobie nawet nie pomyślał, nie mogłem pozwolić by ktoś tak cię obrażał. Ale wtedy przypomniałem sobie nasze rozmowy. Przypomniałem sobie, że tylko to co ty mówisz ma jakiekolwiek znaczenie, a reszta jest bez sensu i kompletnie nie ważna. Dlatego chciałem odejść, ale jego paczka mnie dorwała. Pobili mnie, ale obiecuje, że żadnego nie dotknąłem. Ja wiedziałem co ci obiecałem. Ale nie miałem wyboru, proszę wybacz mi. 
Mogłaś dać sobie głowę uciąć, że jego łza znalazła się na twoim policzku i zmieszała z własnymi.
Teraz chciałaś śmiać się z całej sytuacji. Oczywiście, że mu wierzyłaś. Oplotłaś go rękoma i przyciągnęłaś jeszcze bliżej do siebie.
- Ciiii, nic się nie stało, oczywiście, że ci wierze. Jesteś wielki. Kocham Cię. Szeptałaś mu czule do ucha.
Karciłaś się w myślach, jak mogłaś go podejrzewać o tak straszne rzeczy?
Staliście tak długą chwilę, aż w końcu HeeChul pozwolił ci zaprowadzić siebie do samochodu. Tam opatrzyłaś mu rany samochodową apteczką, bo uparł się, że nie potrzebuje lekarza.
Już nie wyglądał strasznie. Z zadrapaniami, siniakami i opuchnięty do tego spora ilość plastrów i bandaży. Teraz wyglądał śmiesznie.
Tak bardzo cię kochał, że dał się pobić byle tylko dotrzymać danej ci obietnicy.
- HyoSoo chcesz tą truskawkę czy nie?  No i powrót do rzeczywistości. Ukochany karmi cię lewą ręką, bo prawa nadal jest zabandażowana i bardzo boli.
- Mam dość truskawek daj mi samą czekoladę. Jak chciałaś tak zrobił. Śmialiście się i wygłupialiście.
Tylko ty znasz prawdziwego HeeChul'a.
On dla ciebie zrobi wszystko i często to potwierdza. Dla niego liczysz się tylko ty. Jesteś dla niego całym światem, jesteś dla niego wszystkim.
- Kocham Cię HyoSoo. 

wtorek, 20 sierpnia 2013

Miłość nad wszystko . . .

Nigdy nie chciałam mieć hucznego wesela. Wolałam skromny kościelny obrzęd, króciutki, bez masy gości i ton jedzienia.
 Jedyne o czym marzyłam to piękna biała suknia z lekko srebrnymi zdobieniami na brzuchu i piersiach. Bez ramiączek, oraz ogromnym koronkowym spodem ciągnącym się daleko za mną, do tego koniecznie cieniutki welon z kwiatami przy wysoko spiętej grzywce, opadający na twarz. Na tę idealnie wymalowaną twarz, z pełnymi malinowymi ustami, lekkimi rumieńcami i mocno podkreślonymi,szmaragdowymi oczami.
Tak włanie wyglądałam w tej chwili, przeglądając się w przeogromnym lustrze ze złotą ramą. W marzeniach wyobrażałam to sobie nieco inaczej, ale teraz wiem, że moje wyobrażenia były błędne, bo wyglądam lepiej niż w moich snach.
Ledwo co potrafię ustać na bardzo wysokich, ozdobnych szpilkach przez te nerwy. To właśnie ten dzień. Czekałam na to, no cóż, chyba całe życie.
Ceremonia ślubna wyszła przepięknie, kościół był ozdobiony gdzie niegdzie białymi kwiatami, zapewne liliami, ale nie miałam czasu się temu bardziej przyglądać, wolałam się skupić na mężczyźnie mojego życia.
GiKwang był pewny siebie jak zwykle.
Czarne włosy, były potraktowane sporą ilością żelu i za pewne ulizane, ale mój ukochany nigdy nie był zbyt przykładny więc w miejscach są trochę postawione, w innych odstają na boki, przez co wydają się jeszcze krótsze, ale trzymajcie mnie. Jeszcze nigdy nie wyglądały tak pięknie i urzekająco jak własnie dziś, a to i tak jego mała cząstka, która nawet się nie równa całej reszcie.
Jego twarz- nieskazitelnie czysta którą uwielbiam gładzić ręką, te ciemne oczy, niemalże czarne wpatrujące się we mnie z tą miłością, no mimo że to kościół to jego czarne cienie podkreślające oczy nie zniknęły- to dobrze bo uwielbiam je.
Jego nos był przepiękny, taki idealny, a jego czerwone usta wykrzywione w pokrzepiający uśmiech, tak bardzo zachęcają do choć odrobiny przyjemności, ze nie potrafiłam się powstrzymać. A kiedy ksiądz w końcu skończył. Oraz po sakramentalnych ,,tak,, i takich tam- słowa ,,możesz pocałować panne młodą,, wprowadziły mnie w euforię. Zalała mnie fala ciepła, która zlikwidowała zdenerwowanie.
On odchylił do tyłu mój welon i delikatnie się przysunął. Patrzył mi w oczy i uśmiechał się. Wyglądał cudownie, ale do cholery, szkoda czasu.
W końcu złączył nasze usta w słodkim pocałunku. Zatraciłam się w nim, najchętniej bym po prostu padła, ale jego silne ramiona chroniły mnie przed upadkiem.
Oderwał się ode mnie- jak na mój gust, zdecydowanie za szybko i uśmiechnął słodko. Od zawsze tak na mnie działał. A teraz jest cały mój.
Wesele było huczne, przyszło wielu gości z całego świata. No cóż mój ukochany nie ma co narzekać na brak znajomych.
Wspominałam że marzyłam o skromnym weselu? Głupota. Teraz się przekonałam że powinnam ogłosić to całemu światu. Powinno przyjść więcej ludzi, albo w ogóle wszyscy. Niech się cieszą moim szczęściem.
Przez całą noc nie odrywałam swych ust od jego, no chyba że w ostatecznej konieczności i na szczęście mu też to nie przeszkadzało.
Jeśli chodzi o noc poślubną to- co tu dużo mówić. Była wspaniała. Nigdy nie czułam się z nim tak dobrze jak wtedy. Podzieliłam sie wtedy z nim cała miłością jaką go darze, a on nie był mi dłużny. Od tamtej pory dość często to powtarzaliśmy, niekoniecznie w łóżku.
No i w końcu podróż poślubna. Czekałam na to z utęsknieniem, bo nie chciał mi powiedzieć gdzie mnie zabiera. Uwielbiał sprawiać mi niespodzianki.
Wsiedliśmy wczoraj do zapakowanego po brzegi Jeepa i wyjechaliśmy. Podróż była długa, na początku po prostu trzymałam GiKwang'a za rękę i cieszyłam jego obecnością, późnej za to zmęczona po prostu zasnęłam.
Obudziłam się na ogromnej łodzi w objęciach ukochanego. Z wrażenia spadłam z łóżka czym go rozbawiłam. Jednak jak przystało na gentelmena pomógł mi wstać ,a wtedy przewróciłam go na łóżko- tak, że znajdowałam się nad nim i z szerokim uśmiechem na ustach po pocałunku w policzek- zapytałam:
- To gdzie płyniemy?
- Nigdzie.  Odpowiedział jakby nigdy nic i szybkim zdecydowanym ruchem podniósł mnie i przewrócił tak, że teraz to ja znajdowałam się pod nim.
- Powiedz mi.  Nalegałam oczywiście, ale ten zamiast mi odpowiedzieć po prostu zaczął całować moją szyję. Przymknęłam oczy z przyjemności, próbowałam jeszcze coś wykrztusić, ale już nie dałam rady, po prostu mu się poddałam. Chyba nie muszę uświadamiać co było dalej.
GiKwang opadł obok mnie na łóżko ciężko sapiąc. Pocałowałam go jeszcze ten ostatni raz i czując że mam teraz więcej siły niż on rzuciłam jego ubrania na łóżko, a sama poszłam do łazienki się odświeżyć.
Kiedy wróciłam czekał na mnie przebrany w strój nurka, nakazał się przebrać i iść na górę, na pokład.
Jak kazał tak zrobiłam. Okazało się, że na prawdę płyniemy do nikąd- bo zatrzymaliśmy się na środku jakiegoś zbiornika wodnego i mieliśmy oglądać rafy koralowe.
Musiałam się powstrzymać od krzyków radości od zawsze marzyłam o takiej wycieczce. I on o tym dobrze wiedział. Jaka byłam głupia, że się nie domyśliłam.
Oprócz nas jak się okazało na łodzi było sporo par i rodzin, za pewne mających zamiar za chwile zrobić to co my. Czyli w pełnym wyposażeniu wskoczyć do wody i przez wiele, wiele czasu podziwiać wyjątkowości znajdujące się pod przejrzystą wodą.
Ja się już nie mogłam doczekać.
Dlatego pierwsza przed GiKwang'iem wskoczyłam do wody i popłynełam tak szybko w dół, ze musiał włożyć sporo trudu aby mnie dogonić. A kiedy się mu udało złapał mnie za rękę i przejął dowodzenie.
Z zapartym tchem podziwiałam przepiękne muszle, śmiesznie powyginane, bardzo kolorowe stworki, piękne w swej prostocie glony, które tutaj swą zielenią powalały i wyglądały zjawiskowo.
Widziałam mnóstwo ryb. Od zwykłych-szarych pływających w stadach, do tych najbardziej wymyślnych z mnóstwem kształtów i barw.
Muszę przyznać, że to wszystko jest prawie tak cudowne jak mój ukochany , który dzięki temu że nie odstępował mnie nawet na chwile- sprawiał że to co teraz robiłam, ot takie zwykłe podziwianie rafy koralowej stawało się magiczne.
Pokazałam palcem wskazującym ku górze, to był znak, że chcę wypłynąć na powierzchnię.
Oczywiście mnie posłuchał i wypłynęliśmy. Wyjęłam z ust urządzenie podłączone do butli na moich plecach i przysunęłam się do towarzysza, który również był w trakcie tej samej czynności.
Pewnie myślał że chcę z nim pogadać. On głupi. Kiedy tylko to wyjął wpiłam się w jego usta i naparłam na niego całym ciałem. Żeby być jak najbliżej.
Zaskoczyłam go tym, ale grzecznie odwzajemnił pocałunek, dodatkowo poczułam jak się uśmiecha.
- Kocham Cię- oznajmił jak trochę odpuściłam. Przytuliłam się do niego i szepnęłam mu do ucha.
- Też cię kocham jesteś wspaniały.
Byłam bardzo zadowolona i on też, ale nagle spochmurniał i rozluźnił uścisk.
- Co się stało?  Spytałam ciekawa.
Nie odpowiedział. Rozglądał się na boki, więc ja też to uczyniłam, ale nie zauważyłam nic ciekawe. Tylko pełno wody na około i tyle.
Spojrzałam znów na niego, był zdenerwowany. I wtedy mnie olśniło.
Nie ma statku, a wokół nas nikogo kto by tak jak my podziwiał koralowce.
Odpłynęli bez nas. Zapomnieli o nas.
Spojrzeliśmy po sobie nawzajem. W jego oczach można było wyczytać, ze jest bardzo zdenerwowany, ale i zdeterminowany.
Zaczęłam się śmiać. Spojrzał na mnie jak na idiotkę, a ja nadal się śmiałam, nie mogłam się powstrzymać.
- Ale mnie nastraszyłeś. Hahaha, no dobra, gdzie ten statek. Zawołaj ich. 
Tylko tyle udało mi się wykrztusić przez śmiech, ale mu nie było do śmiechu.
- To nie jest żart- powiedział cicho, ze zrezygnowaniem. Patrzał na mnie przepraszającym wzrokiem potem przypłynął do mnie i przytulił mocno. Szeptał do ucha że wszystko będzie dobrze, ale wiedziałam że sam w to nie wierzy.
Nie wiem ile już dryfujemy, ale rafa koralowa już nie znajduje się pod nami. Nie wiem co jest pod nami. Woda jest strasznie ciemna i zimna.
GiKwang trzyma mnie w objęciach, obwinia się za wszystko i próbuje rozładować atmosfere , dodatkowo rozgląda się nerwowo.
Nie wiedziałam po co. A kiego go zauważyłam zrozumiałam.
Zabrakło mi tchu z wrażenia. To było, aż śmieszne.
Ogromna, niebieskawa mieniąca się w słońcu płetwa rekina.
Odwrócił się w tamtym kierunku i też to zobaczył. Zdrętwiał na moment i chciał coś powiedzieć, ale odezwałam się pierwsza.
- Zginiemy tutaj.  Oznajmiłam po prostu co tu owijać w bawełne.
- Nie myśl tak.  Próbował mnie uspokoić gładząc po włosach, ale to nic nie dawało.
- To rekin, zaraz nas dorwie.
- To nie musi być rekin, to pewnie delfin często się je widuje tutaj.
Rzeczywiście jaka byłam głupia to przecież delfin- płetwa była jasna, to rzeczywiście tylko delfin. Jakaż jestem głupia, przypłyną się pobawić. Kojąca fala ciepła mnie zalała i się uspokoiłam, ale nie na długo, bo zdałam sobie z czegoś sprawę.
- Jakby to był delfin już byś płynął się pobawić.  Taka prawda. GiKwang uwielbiał delfiny, A to nie był jeden z nich- to bezlitosny rekin.
Dryfowaliśmy dalej, a rekin nie zaatakował. Na całe szczęście. Mimo to jego obecność nie była zbyt pokrzepiająca.
- Ała.  Mój mąż zaczął wiercić się w wodzie, co jak zauważyłam po ruchu płetw - naszemu nieproszonemu gościowi nie bardzo się podobało.
Nagle woda naokoło zrobiłam się szkarłatnie czerwona. Przestraszyłam się. A w oczach GiKwanga zobaczyłam łzy.
- Coś mnie ugryzło.  Na te słowa zamarłam. Rekin go ugryzł. Nie już by nie żył, a więc co? Z resztą to nie ważne. Jego noga krwawi, a to znaczy że krew będzie świetnym wabikiem na inne mięsożerne ryby.
Po kilku godzinach, zaczęło się robić ciemno.
Mi burczało w brzuchu i byłam odwodniona, a mój partner się powoli wykrwawiał po pogryzieniach piranii w nogę.
Nie można pominąć, że wokół nas pojawiło się więcej nieproszonych gości.
Co jakiś czas przypływał kolejny i z poprzednimi krążył w koło w pewnej odległości od celu-czyli nas.
- Przepraszam.  Usłyszałam spięty ton. Jasne, że mu wybaczam to przecież nie jego wina, ale czy to ma teraz jakieś znaczenie? Zwykłe słowo niczego nie zmieni, a on nie ma za co przepraszać- zostawiam jego skruchę bez odpowiedzi.
Kiedy myślę, że nie ma już nadzieji , a ilość rekinów przekracza dziesięć, na horyzoncie pojawia się nasz statek. Widocznie zauważyli, że nie mają kompletu.
Machamy rękoma i krzyczymy by nas zauważyli i płynął w naszą stronę. Na pewno nas widzą.
Przytulam męża i całuje po czole, i wracam do machania.
Rekiny odpływają, gdy statek juz robi spore fale.
Niesamowite uczucie kiedy strach i problemy tak szybko znikają.
Znów odwracam się do GiKwanga widzę jego roześmianą twarz i nagle hlust wody.
Ogromny rekin wyskakuje nad wodę z moim ukochanym w pysku.
Nie mogę nawet się ruszyć.
Widzę jego twarz nad wodą- juz nie żywą twarz. Całą zakrwawioną.
Wpadam w histerie.
Statek jest już tak blisko, a ja się boje że i mnie dorwą te potwory.
Po chwili uświadamiam sobie że bez GiKwang'a nie chce żyć.
Ratunek niedaleko, a ja zdejmuje butle, która trzymała mnie na wodzie z pleców i nie biorąc wdechu spuszczam sie pod wodę.
Widok wcale nie jest straszny- jest kojący.
Naokoło nas pływało około dziesięciu rekinów, ale nie byłam świadoma, że pod wodą jest ich jeszcze kilka razy tyle.
Widzę teraz je wszystkie jedne większe, inne mniejsze, ale wszystkie bardzo chcą mnie.
Dorwały mnie.
To już koniec, zamykam oczy.

Autor: Yomi ~